Strona główna / Nasze sprawy / Czas na ocalenie polskiej diaspory

GP #18, 6 września 2014 r.

Czas na ocalenie polskiej diaspory
przed całkowitą asymilacją

WALDEMAR BINIECKI

Skąd się biorą emigranci? Odpowiedź jest bardzo prosta: wyjeżdżają z kraju „za chlebem”. To XIX-wieczne odniesienie nie zmieniło się tak bardzo w realiach nowej rzeczywistości. Dopóki sytuacja w kraju nad Wisłą się nie zmieni, będziemy mieli ciągle do czynienia z młodymi ludźmi opuszczającymi Polskę ze względów ekonomicznych.

Co zrobić, by ich zatrzymać? Odpowiedź na to pytanie należy mocno podkreślić: tylko silna i dostatnia Polska zatrzyma emigrację. To natomiast spowoduje podniesienie jej znaczenia na płaszczyźnie międzynarodowej. Zmierzamy już w tym kierunku, ale droga, którą kroczymy, jest ciągle wyboista. Jeśli Polska stanie się krajem bogatym, to nie musimy już więcej płakać o zniesienie dla nas wiz, ani dawać się nabierać na wspólne wojny. Nikt też nie będzie nam mówił, że Polska nie jest priorytetem, ani nie gra kluczowej roli w polityce zagranicznej jakiegoś innego kraju. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to złożony proces i potrwa jeszcze trochę czasu.

Żyję na tym świecie ponad pół wieku i uczę się, jak nas, Polaków, postrzegają w świecie.

Pracuję w jednym z amerykańskich uniwersytetów i mam wrażenie, że emigrantów z Polski traktuje się inaczej niż moich kolegów i koleżanki z Chin, Niemiec albo Francji. Nie jestem emigrantem ekonomicznym. Jestem emigrantem rodzinnym. Znalazłem się tutaj z powodu Susy, mojej żony. A obywatelstwo amerykańskie przyjąłem tylko ze względu na mojego syna Daniela. Mieszkam w Stanach już 14 lat i cały czas zbieram obserwacje na temat społeczeństwa amerykańskiego i polskiej diaspory. Jednym z moich odkryć jest to, że Amerykanie liczą się głównie ze społeczeństwami bogatymi i silnymi. Dlatego Francja, Wielka Brytania, Niemcy a nawet Chiny budzą u nich respekt i szacunek, a takie wartości jak „za wolność waszą i naszą” można odłożyć na półkę historii. XXI wiek to zupełnie inna era, pozbawiona charyzmatycznych przywódców, era, w której liczy się tylko prosty rachunek ekonomiczny. Dowiodły tego nasze misje w Iraku i w Afganistanie.

Tyle tytułem wstępu. Przechodzę do meritum sprawy, a mianowicie do polskiej diaspory, która przy sprawnej polityce zagranicznej mogłaby stać się efektywną grupą wpływu na politykę krajów, w których Polacy zamieszkują. Jednakże musimy mieć na tę kwestię jakiś sensowny i zintegrowany pomysł. Polska prowizorka też musi odejść do lamusa.

Nie dostrzegam takiego pomysłu w pracy z Polonią ani w USA, ani w innych zakątkach świata, w których mieszkają Polacy. Dlaczego? Bo brakuje nam charyzmatycznych liderów Polonii i pomysłów na to, co taka grupa miałaby robić. Polska diaspora jest, podobnie jak polskie społeczeństwo w kraju, podzielona i tak naprawdę trzeba zacząć od początku budowanie polskich społeczności na świecie.

Od krótkiej diagnozy przejdźmy do pomysłów.

Jak wykreować nowych liderów dla polskiej diaspory?

1. Cel działania takiego przedsięwzięcia powinien być jasno określony: inwestujemy w naszą polską przyszłość w kraju, w którym mieszkamy, chcemy pomóc sobie samym i naszym dzieciom, chcemy promować polską kulturę, język, polski biznes i naukę. Pragniemy, jako Polacy żyjący poza Polską, mieć wpływ na politykę kraju, w którym mieszkamy.

2. Należy stworzyć przy którymś z uniwersytetów (w kraju zamieszkania danej grupy) szkołę polonijnych liderów oraz wspomożenie jej programem zewnętrznym (outreach). Model powinien posiadać aspekt dwujęzykowy: język polski i język danego kraju. Załóżmy, że dany uniwersytet posiada katedrę języka polskiego: program ten mógłby być rozszerzony poprzez komponent online, proponujący kursy języka polskiego, polskiej historii i elementów budowy polskiej diaspory. Ponadto wyobraźmy sobie dodatkowego konsultanta, który działa w terenie, pomagając budować polską grupę w danym kraju zamieszkania. Nie byłby on (lub ona) pracownikiem polskiego konsulatu, co umożliwia działanie w oderwaniu od płaszczyzny politycznej. Konsultanci ci powinni promować idee akulturacji, czyli funkcjonowania w kulturze danego kraju bez zatracania własnej kultury czy języka, w przeciwieństwie do asymilacji.

3. Ufundowanie dla najlepszych studentów stypendium na studia z zakresu budowania społeczności lokalnej i umiejętności przywódczych (stypendia muszą być obwarowane jasnymi formami prawnymi, które mówią o pracy dla polskiej społeczności).

4. Promowanie idei działania dla społeczności lokalnej poprzez ustanowienie nagród za promowanie polskiego dziedzictwa narodowego, ze szczególnym uwzględnieniem działań ponad podziałami politycznymi.

5. Działania takie powinny być objęte bezpłatnym patronatem mediów polonijnych z profesjonalną kampanią marketingową (w tym momencie bynajmniej nie chodzi mi o okazjonalny artykuł, lecz o profesjonalną kampanię. Tutaj przecież też chodzi o ich przetrwanie).

6. Może wreszcie stać już polskie państwo na profesjonalną organizację rządową, która nie tylko uczyłaby języka polskiego na wschodzie, ale zajmowała się szkoleniem i budowaniem lokalnych społeczności dla globalnej polskiej diaspory?

Przykładowe cele dla grup polonijnych w świecie

Istotą działalności jakiejkolwiek organizacji jest dobry i efektywny plan działania. Musi on wynikać z potrzeb grupy. Programowi musi towarzyszyć także wyraźna wizja. Jako liderzy takich organizacji musimy pamiętać, że najczęściej posiadamy w niej osoby o różnym stopniu asymilacji. Sięgając do moich bogatych doświadczeń w pracy z Polonią w Wisconsin, mogę śmiało powiedzieć, że często w sprawach Polonii podejmowane są decyzje przez osoby, które nie mają zielonego pojęcia o kulturze polskiej i polskich sprawach. Osoby te zajmują niejednokrotnie wysokie pozycje w strukturach polskich organizacji i aby ich nie stracić, zwalczają skutecznie tych, którzy próbują coś zmienić. W realiach amerykańskich przekłada się to również na to, ile osób w grupie mówi po polsku i co zrobić z sytuacją, kiedy w grupie są niemówiący po polsku, albo co zrobić z takimi, którzy mówią tylko po polsku? Ponieważ publikuję na ten temat coraz częściej, otrzymuję rozmaite sygnały od czytelników. Ostatnio stałem się również ofiarą ocenzurowania mojego tekstu na portalu jednej z polskich fundacji w USA, gdzie Polka pracująca w fundacji finansowanej z pieniędzy polskich podatników powiedziała mi, aby nie pisać po polsku i potem post został usunięty. Idealnie będzie, jeśli projekty czy spotkania będą odbywały się w dwóch językach. I to jest fundamentalna sprawa. Jeśli chcemy mieć polską organizację lub przedsięwzięcie, to musimy zrozumieć, że język polski nie może być zmarginalizowany bądź wręcz wyrugowany z takiego działania! Efekty działań takich projektów nie mogą mieć charakteru lokalnego. W dobie globalizacji ważne jest, aby działania podejmowane w kraju zamieszkania Polaków żyły nie tylko lokalnie. W dobie mediów społecznościowych stają się projektami globalnymi, dlatego muszą być dwujęzyczne. Ważne jest wręcz angażowanie w polskie projekty za granicą polskich polityków i liderów Polonii z innych krajów. Asymilacja czy akulturacja? Posługiwanie się językiem lokalnym rezygnując z języka polskiego jest historycznym błędem. Przykładem negatywnym jest używanie języka angielskiego przez wiele organizacji o polskim rodowodzie działających w Stanach Zjednoczonych. Taki fakt wpisuje się bowiem w aspekt asymilacji polskiej diaspory w kulturę kraju, w którym zamieszkujemy. Czas, aby media polonijne zaczęły promować akulturację w szerszym znaczeniu. Przez dekady byliśmy karmieni asymilacją i nawet przy zmierzchu tej polityki ciągle brakuje nam nowego podejścia do polityki społecznej, zakładającej wdrażanie akulturacji. Panie i Panowie redaktorzy – czas na zmiany – to wasze zadanie.

Akulturacja uczy funkcjonowania naszej grupy w kulturze i języku kraju zamieszkania i umacnia funkcjonowanie i promowanie naszego języka w kraju zamieszkania. Liderzy polskiej diaspory i dyplomacji powinni więc używać dwu języków komunikując się ze społecznością w kraju zamieszkania Polaków. Instytucje, które mienią się jako polskie, a nie używające języka polskiego i lekceważą kontakty z Polską skazane są na przegraną.

A więc: nie musimy się modlić po angielsku w amerykańskim kościele – możemy zawsze mieć z sobą polską książeczkę do nabożeństwa. Jeśli przeciętny Amerykanin może powiedzieć „Brzeziński”, to można go nauczyć wymowy naszego nazwiska. Więc nie Rick – tylko Rysiu, nie Tom – tylko Tomek. Nie Binieki – tylko Biniecki.

Korzystajmy z polskich tłumaczy w oficjalnych instytucjach, nie dlatego, że nie znamy angielskiego, ale dlatego, że mamy do tego prawo. Domagajmy się usług w naszym języku. Zwłaszcza w takich miejscach jak Chicago. To bowiem generuje większą liczbę miejsc pracy dla naszych rodaków.

1. Polityka lokalna.

Zamiast narzekać na Polonię, że ta nie głosuje na przykład w amerykańskich wyborach, trzeba ją edukować i intensywnie szkolić.

Przestańmy siedzieć za biurkiem i zacznijmy spotykać się z Polakami w kościołach, klubach i na spotkaniach organizacyjnych. Ważne jest trafne nazwanie takiego programu np.: „Cała Polonia głosuje”, nakreślenie jasnych celów: kogo popieramy i dlaczego chcemy tam naszych kandydatów. Zebranie grupy wolontariuszy i ich przeszkolenie do pracy. Warunkiem realizacji takiego programu jest porozumienie ponad podziałami. Nauczmy się wspierać polskich kandydatów, niezależnie od tego, czy są demokratami, republikanami czy zwolennikami PO lub PiS. Nauczmy się także pracować z funkcjonującymi już lokalnymi politykami polskiego pochodzenia, nawet jeśli są zasymilowani. Jest ciągle szansa ich pozyskania do wspólnego działania.

Istotne jest również to, aby osoby duchowne włączyły się w nurt życia społecznego. Polski ksiądz w polskiej organizacji to najlepszy przykład budowania lokalnej społeczności, szczególnie na obczyźnie. Nie zamykajmy się tylko w parafiach, zachęcajmy wiernych do uczestnictwa w życiu społecznym. Historia polskiego kleru w USA jest tutaj najlepszą ilustracją. Takie wielkie postaci jak: ks. Leopold Moczygęba, ks. Józef Dąbrowski czy ks. Wacław Kruszka są doskonałymi wzorcami do naśladowania.

2. Współpraca międzynarodowa między Polską a krajem naszego zamieszkania.

Idealnym rozwiązaniem jest rozwijanie współpracy na poziomie miast siostrzanych.

Dobrym przykładem może być współpraca Warszawy i Chicago, ale ważniejsze są kontakty na poziomie mniejszych miast. Nawiązując takie kontakty, powinniśmy doprowadzić do podpisania umów o współpracy, a jednocześnie znaleźć lokalnego lidera, najlepiej osobę, która nie jest Polakiem ani polskiego pochodzenia, ale jest autentycznie zaangażowana we współpracę z Polską. Ważne jest, aby projekt nie skończył się tylko na podpisaniu umowy. Musi on żyć i umieć przetrwać lokalne wybory i zmiany administracyjne. Rolą polskiej grupy jest stymulowanie tej współpracy również w takich trudnych momentach. Najczęściej dzieje się tak, że osoby o polskim pochodzeniu nie chcą się z nikim dzielić kontaktami z Polską i niejednokrotnie bywa, że osoba, która odpowiadała za kontakty z Polską, zmienia miejsce zamieszkania lub zmienia pracę – wtedy kontakty z Polską zanikają. Dzielmy się tymi kontaktami i przekazujmy je innym – młodszym.

3. Współpraca naukowa.

W czerwcu tego roku miałem okazję być w delegacji profesorów z Kansas State University do Polski. Byłem odpowiedzialny za komunikację i logistykę w Polsce. Celem tej misji było przygotowanie programu (study abroad) dla studentów z KSU. Innym celem tej misji było nawiązanie kontaktów naukowych z polskimi naukowcami. Wiedza na amerykańskich uniwersytetach na temat Polski jest bardzo ograniczona. Udział międzynarodowych naukowców w ramach konferencji naukowych organizowanych w Polsce jest ciągle mały. Wciąż istnieje brak informacji na temat tego, co się dzieje w polskiej nauce. Nawet Polacy pracujący na amerykańskich uczelniach narzekają na ciągły brak promocji i programów z polskiej strony. Misja, w której uczestniczyłem, dowiodła jednak czegoś ważnego: Polska posiada bardzo dużą ofertę naukową. Wydaje mi się, że nie potrafimy jej należycie wypromować. Istnieje dużo instytucji rządowych, fundacji, które nie potrafią się wypromować z polską ofertą. A może w tym właśnie jest problem, bowiem zamiast mieć kilka takich organizacji, warto mieć jedną, a dobrą. Ważne jest bowiem jedno: aby zaangażować amerykańskie i inne uniwersytety, musimy być bardziej przedsiębiorczy w promocji polskiej nauki i zapraszaniu międzynarodowych naukowców do Polski i realizacji większej liczby międzynarodowych projektów.

Istotną kwestią jest proces umiędzynarodowiania polskich uniwersytetów. Kochani, macie wielu specjalistów Polaków pracujących na zagranicznych uniwersytetach – rozpocznijcie z nimi współpracę.

4. Współpraca ekonomiczna.

Tutaj sytuacja jest coraz lepsza. Istotą rozwoju tej sfery jest organizowanie się polonijnych biznesów w izby gospodarcze, organizowanie stałych szkoleń dla nich oraz organizacja prezentacji o biznesie w Polsce i jego możliwościach dla lokalnych biznesów w krajach zamieszkania. Ważny jest fakt, aby te Izby gospodarcze posiadały narzędzia promujące Polskę i polski biznes. Pamiętam ciągle sytuację sprzed kilku lat, gdzie pracownik PAIiIZ odpisał na moją prośbę o filmy promocyjne o polskim biznesie: „Proszę wpaść do naszego biura i dostanie Pan tyle, ile Pan chce”. Odpowiedziałem mu: „Ale ja mieszkam w USA”, a on na to: „Nie możemy ich wysłać ze względu na oszczędności”. Polska marketingiem stoi.

Izby te nie mogą zamykać się tylko w obrębie danej aglomeracji, powinny być otwarte na cały kraj, tworząc oddziały w innych miejscach.

5. Akademia dla polskiej diaspory.

Taki projekt mógłby powstać przy którymś z polskich uniwersytetów i mógłby funkcjonować w Internecie na kilku poziomach dla młodszych dzieci, młodzieży i dorosłych. Program mógłby zawierać lekcje języka polskiego, polskiej kultury i historii i wiele innych, w zależności od potrzeb uczestników.

Mógłby być projektem-matką dla projektów funkcjonujących w innych krajach zamieszkiwanych przez Polaków. Mógłby również posiadać program dla liderów polskiej diaspory, pod warunkiem, że osoby pracujące dla niej posiadają niezbędne kwalifikacje i doświadczenie w krajach zamieszkiwania Polaków. Istnieje bowiem tendencja, że fundacje bądź organizacje pozarządowe zajmujące się polską diasporą zatrudniają osoby, które nie mają pojęcia o pracy z Polakami zamieszkującymi inne kraje.

Jak macie nam pomagać, skoro nasze potrzeby znacie tylko z opracowań i statystyk?

6. Dokumentowanie historii polskiej diaspory.

Jest to jeden z najważniejszych projektów, który nie znajduje zrozumienia już od dłuższego czasu. Od lat współpracuję z Katarzyną Murawską, która pisze o polskich bohaterach z terenu Wisconsin, Chicago i Michigan. Pisze artykuły i książki, które wydaje w większości za własne pieniądze. Brak jest jednak jakiegoś narzędzia internetowego, gdzie można by publikować biogramy zasłużonych działaczy i bohaterów polskiej diaspory. Wiele źródeł, dokumentów historycznych, artefaktów trafia codziennie na śmietnik. Jako przykład można podać kolekcję Kwaśniewskiego (kliszy i zdjęć polskich emigrantów z lat 1920-30), uratowaną przez prof. Donalda Pienkosia przed wyrzuceniem na śmietnik. Sam posiadam maszynopisy wierszy Michała Przyszlaka, poety z Milwaukee. Istotne jest, aby te artefakty znalazły właściwe miejsce. Zwiedzając Nowy Meksyk, w jednym ze sklepów z antykami wszedłem do pokoju, który wypełniony był wizerunkami polskich świętych. Były tam obrazy, figury, książki w języku polskim, w sumie ok. 300 artefaktów. „Skąd to masz? – zapytałem właściciela. „Z Milwaukee” – odpowiedział i zakazał mi ich fotografowania.

Wielopokoleniowe dziedzictwo polskiej społeczności zostało po cichu wyprzedane na drugim końcu USA. Z kilkunastu wspaniałych kościołów w Milwaukee, wybudowanych przez Polaków, użytkowany jest tylko jeden. Najpiękniejsza polska Bazylika św. Jozefata jest całkowicie zasymilowana, a jej archiwa pleśnieją gdzieś w piwnicach, bo nikt nie potrafi ich odczytać – są napisane po polsku. W oficjalnych opisach bazyliki nie znajdziemy żadnych informacji o tematach fresków ani witraży, a przecież na ścianach widnieją doskonałe kopie mistrza Styki i wielu innych, o których wiedza zanika, bo nikogo to już nie obchodzi. Co się stało z archiwami polskich gazet, których aż kilkanaście wychodziło w Wisconsin? Czym żyli Polacy w Wisconsin, gdzie co dziewiąta osoba posiada polskie pochodzenie? Polscy historycy, czekamy na Was.

Zapraszam do profesjonalnej dyskusji na ten temat – zapraszam na mój blog: http://waldekbiniecki.blogspot.com lub biniecki@gmail.com

Waldemar Biniecki – urodzony w Bydgoszczy w 1962 r. W USA od 2000 r., żonaty z Susan (profesor na Kansas State University), syn Daniel Kazimierz 7 lat. Od 2010 r. jest prezesem KPA w Wisconsin. Obecnie członek założyciel KPA w Kansas i dyrektor rady doradczej Polish American Communication Initiative – PACI. Właściciel Biniecki Consulting, wykładowca w Kansas State University, działacz polonijny. Hobby – historia, podróże, technologia, polityka. Liberalny konserwatysta.

PS Pragnąłbym przy okazji podać aktualne źródło, jeśli chodzi o pojęcie „akulturacja”. Wiele interpretacji w języku polskim na temat tego pojęcia jest niedokładnych i oględnie mówiąc są one nie niewystarczające. W swoich rozważaniach opieram się na następującym źródle: Berry, J.W. –Acculturation: Living successfully in two cultures, International Journal of Intercultural Relations, 2005. John Berry jest najważniejszym i uznanym autorytetem w tej dziedzinie: http://www.queensu.ca/psychology/People/Emeritus -Retired/JohnBerry/John_Berry_CV_FEB_2012.pdf