Strona główna / Nasze sprawy / Niech już ten stary rok odejdzie!

GP #1, 1 stycznia 2012 r.

Niech już ten stary rok odejdzie!

JAN SIWMIR

Stało się! Kolejny rok za mną. I z czego tu się cieszyć i świętować? Że znowu starszy jestem? Ludzie na Sylwestra wariują, obchody jakieś, imprezy, ogólna euforia. Ja wprawdzie mógłbym znaleźć jeden duży pozytyw w fakcie skończenia się 2011 roku, bo był to fatalny dla mnie okres. I prywatnie, i zawodowo. Ale inni? Może to dlatego, że w Polsce coraz gorzej żyć. Podatek nadal nieliniowy, ceny rosną, rząd i urzędnicy coraz śmielej sobie poczynają (a wydawałoby się, że już bardziej aroganckim być nie można), wciąż walczymy na cudzych wojnach, długi nie swoje mamy spłacać. Masakra, jak mówi moja nieletnia siostrzenica. Trzeba więc jak na Titanicu grać i tańczyć do rana. Nie myśleć o końcu świata i za co przeżyjemy następny dzień.

Przyszło mi też do głowy, że starzeję się i stąd ta zgryźliwość, ogólne niezadowolenie, marudność i czepliwe nastawienie do świata.

Dzwonek do drzwi. Otworzyć? A jeśli to windykator, komornik albo inne paskudne stworzenie? Na przykład listonosz z uprzejmym zawiadomieniem z Urzędu Skarbowego, że zrobią mi krzywdę, bo źle wpisałem VAT, nie w tę rubryczkę. Dobrze, już dobrze, idę!

– Ciocia? Co ciocia tu robi?! To znaczy, chciałem powiedzieć jak miło, że rodzina o mnie pamiętała w ten piękny, ostatni dzień grudnia.

Jak widać, parszywy rok trwa zawsze dłużej niż jest to przewidziane przez kalendarz. Kim jest ciocia Jadzia? Wredną intrygantką, która po wyjściu od kogoś ma już przeliczone co, gdzie i za ile znajduje się w domu. Ba, jeśli potrzebne jej będzie dołożenie lub ujęcie czegokolwiek, na pewno się przed takim zabiegiem nie zawaha. Jej klasyczny numer to zjawianie się bez zapowiedzi, a potem rozsiewanie plotek o nędzy i mizerii wizytowanego, bo nawet herbaty nie dostała takiej, jakiej lubi. Oczywiście nie ma z moją rodziną nic wspólnego, ale każe nazywać się „ciocią” i podkreśla przynależność do herbowego rodu. Mojego rodu. W przebłysku geniuszu zareagowałem jak należy:

– Jaka szkoda, że właśnie wychodzę! Żeby ciocia dała znać wcześniej, byłbym odwołał wszelkie spotkania, a tak – niestety – muszę udać się do pracy. Kończymy projekt i, rozumie ciocia, nie mogę w ostatniej chwili nawalić. Źle by to wyglądało.

Założyłem szybko buty i kurtkę i wypchnąłem obfitą i opierającą się niewiastę na korytarz. Znałem ją i nie zamierzałem prędko wrócić. Będzie stała, skubana, i żaliła się wchodzącym i wychodzącym sąsiadom, jaki to ze mnie niegościnny kawał drania. Niech się żali. Gorzej, że zapomniałem portfela.

Zgadnijcie wobec tego, co się stało. Znowu wpakowałem się po uszy w obrzydliwą sytuację. Niby nic nie zapowiadało nieszczęścia. Na horyzoncie pojawił się znajomy ze szkolnych lat. Dawno się nie widzieliśmy, pogadaliśmy radośnie uśmiechnięci i tak od słowa do słowa zaprowadziło nas to do pobliskiego pubu. Od setki do setki wpółobjęci zaczęliśmy rozczulać się nad młodością, co jak ptak przelotem nas nawiedziła, a stąd już blisko było do wyznań o wzajemnej dozgonnej przyjaźni i wspólnym robieniu interesów.

Potem rzecz jasna spacer po starówce. Nawiasem mówiąc więcej na niej Japończyków niż jakiejkolwiek innej nacji. Podziwianie różowej choinki na Placu Zamkowym, kawa na przetrzeźwienie na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu, podrywanie kelnerek. Wszystko na koszt znajomego, ja bowiem bez pieniędzy. Jakim cudem znaleźliśmy się u niego w domu, nie pamiętam, ale musiałem tam być, bo na zdjęciach, które mi przysłał mailem, jak wół siedzę przy stole i najwyraźniej rozmawiam z jego żoną.

Leżę teraz w pobliżu choinki, piję wodę z ogórków i markotnie przyglądam się spisanej z kumplem umowie, zastanawiając się, jakim cudem znajdę kilkadziesiąt tysięcy złotych na rozkręcenie biznesu, które najwyraźniej obiecałem wyłożyć. I dlaczego uważałem ciocię Jadzię za dopust boży? Przecież to miła, nawet mało kapryśna istota o gołębim sercu, która z całą pewnością nikomu nie zrobiła większej przykrości niż ludzie sobie sami potrafią zrobić. Wygląda na to, że zapowiada się kolejny „wspaniały” rok.