Strona główna / Nasze sprawy / Dlaczego Polacy decydowali się na emigrację?

GP #20, 22 września 2012 r.

Dlaczego Polacy
decydowali się na emigrację?

ELŻBIETA KULEC

Każda emigracja ma swoją specyfikę. Zrozumienie jej przyczyn jest rzeczą bardzo ważną. Ponieważ jednak nad Polską gromadzą się od lat złowrogie chmury, rzeczą najważniejszą na dzień dzisiejszy jest wypracowanie zasad, które pozwolą fakt rozproszenia Polaków przełożyć na korzyść dla kraju i dla nas wszystkich. Jesteśmy bowiem bliscy zatracenia naszej tożsamości narodowej, choć wielu Polaków tego nie widzi, pozwoliwszy manipulować się mediom.

Utarło się rozróżniać emigrację polityczną od zarobkowej. Jest to jednak duże uproszczenie. W latach 90. wyemigrowało też  z Polski sporo ludzi ze zwykłej ciekawości. Będąc ludźmi zamkniętymi w kraju, bez paszportów, a co za tym idzie i bez wiz, mieli oni wyidealizowany obraz Zachodu i chcieli go skonfrontować z rzeczywistością.

Gdy mówi się o emigracji Polaków, przemilczany jest zawsze najistotniejszy sprawca tego zjawiska, którym było sterowanie mechanizmami powodującymi emigrację. Sterowanie to było rozłożone w czasie. Prowokowane były bardzo niekorzystne dla polskiej gospodarki zjawiska ekonomiczne, które siłą rzeczy przekładały się na indywidualne decyzje o wyjazdach. I nieważne jest z punktu widzenia emigracji jako zjawiska, czy ludziom wydawało się, iż opuszczają kraj ze względów politycznych czy ze względów ekonomicznych. Niewidzialna ręka wymuszała te wyjazdy i ułatwiała otrzymanie wiz do różnych państw: Niemiec, Włoch, Austrii, Kanady, Norwegii, Szwecji, USA itd. Z perspektywy czasu można jednoznacznie stwierdzić, iż ośrodek decyzyjny znajdował się niestety poza Polską, a partycypowało w tym programie demograficznego rozbrojenia Polski wiele krajów.

Nie wypadało wobec Polaków w nieskończoność eksploatować argumentu emigracji politycznej, tzw. postsolidarnościowej. Po roku 1989 Polska uchodziła już przecież za wolny kraj, a gospodarka rozwijała się –według oficjalnych doniesień – we właściwym kierunku pod bacznym okiem Balcerowicza, czyli de facto pana Sorosa. Wtedy to dziwnym zbiegiem okoliczności z USA posypały się Polakom jak lawina wizy z kolejnych losowań wizowych. „Zabieg” ten miał jeden cel: pozbyć się sporej liczby raczej tych odważnych i operatywnych Polaków z kraju, by nasze uzasadnione niezadowolenie zneutralizować, a gospodarkę wyprowadzić w międzyczasie na manowce. Paradoksalnie, Polacy obecnie, jako obywatele kraju będącego ponoć poważnym militarnym sprzymierzeńcem USA, stoją w jednej kolejce po wizy z tymi, których USA nazywa terrorystami.

Przez długie lata przysłowiowym kijem i marchewką rozpędzano nas po świecie. Im mniej nas w Polsce zostanie, tym lepiej dla... Właśnie – dla kogo lepiej? Ktoś wiedział dużo wcześniej, że Polacy w składzie z 1980 r. bronić będą kraju przed rozgrabianiem gospodarki polskiej przed Unią Europejską, przed odszkodowaniami za grzechy niepopełnione, przed antypolonizmami, przed osiedleńcami, o których już coraz głośniej słychać, że się przymierzają. Wyjechało nas wielu. Wielu z nas łudziło się, że na krótko, do czasu aż w kraju polepszy się trochę, ustabilizuje. Wyjechało też sporo takich, którzy tego wcale nie planowali. Zdarzyło się bowiem wylosować wizę, a potem... Jesteśmy dziś wszędzie, na wszystkich kontynentach. Co wiemy? Wiemy już, że nas bardzo oszukano. Krajem ojczystym zawiadują kolejne ekipy niezainteresowanych dobrobytem kraju ani dobrobytem swoich obywateli, tylko swoim własnym wąsko pojętym interesem i jakichś mocodawców, których red. Michalkiewicz nazywa tajemniczo „rozwiedkami”.

Co możemy? Przede wszystkim trzeba uczyć się od wrogów. Dzięki m.in. Internetowi wiadomo, kto nastaje na Polskę, kto te działania wspomaga wewnątrz kraju, czyli inaczej mówiąc – kto jest dywersantem i zdrajcą narodu. Na naszych oczach zniszczono polską gospodarkę, pozbawiono ludzi miejsc pracy, co tak kusząco dla ucha nazywano wówczas „prywatyzacją”. Prywatyzacja transformowała szybko w nietykalną prywatę, afery prześcigały się między sobą w swej bezczelności i pazerności, zadbano o to, by Wojsko Polskie totalnie rozbroić, związano wszystkim polskim instytucjom ręce unijnymi przepisami, a dochód narodowy tworzyć dziś trzeba na bazie usług i sfery budżetowej. Raj na ziemi! Tylko akurat nie dla Polaków, choć naszym kosztem.

Z każdego kraju nowego osiedlenia Polaków dochodzą nieustannie informacje dotyczące ich zmagań z niezlustrowanymi agentami z wciąż komunistycznym rodowodem. Scenariusz jest identyczny w USA, w Kanadzie, Australii, Ameryce Południowej, Niemczech itd. Agenci, udając emigrantów, poprzenikali do polskich organizacji, by je neutralizować aż do ich kompletnego zniszczenia. Brużdżą we wszystkich polskich środowiskach. Znani są z nazwiska, ale bez lustracji czują się bezkarni i z tupetem niszczą to, czego dorobiły się polskie organizacje na obczyźnie.

Czego można się od nich nauczyć? Przede wszystkim skuteczności działania w rozproszeniu. Działając w rozproszeniu, porozkradali majątki naszych polskich organizacji, pospieniężali polskie Domy Narodowe, Domy Żołnierza, pozajmowali stanowiska przewidziane dla prawdziwych Polaków, społeczników z prawdziwego zdarzenia. Pora zacząć postępować ich metodami. Kto powiedział, że Polak powinien robić wszystko uczciwie i honorowo? Oni! A więc uczciwie i honorowo traktujmy innych Polaków, jak my uczciwych i honorowych. Całą zaś fałszywą sitwę traktujmy tak jak na to zasługuje. Wszystko ma swoje granice. Chrześcijańska cierpliwość też je ma. Pan Jezus w pewnym momencie pokazał co poniektórym, gdzie są drzwi.

Rozproszenie Polaków to w dzisiejszym świecie nasz wielki atrybut. Pamiętajmy, że idea chrześcijaństwa rozprzestrzeniała się na podobieństwo emigracji, idąc w świat na nogach apostołów. Nie pozostawała w jednym miejscu, ale wędrując powoli przekonywała nowo napotkanych do siebie. To przekonywanie było najeżone trudnościami, towarzyszyły mu prześladowania, męczeństwo, a mimo to był to najskuteczniejszy sposób na zapoznanie całego świata z Prawdą. My też musimy iść i mówić naszą polską prawdę. Mówmy naszym sąsiadom, przyjaciołom i wrogom, że nie zasługujemy na to oczernianie naszego narodu, jakiego zewsząd doświadczamy. W 1918 r. „wielcy” tego świata naśmiewali się, że nie zasługujemy na niepodległość. „Apostołowie” w osobach: Ignacego Paderewskiego, Henryka Sienkiewicza, Marii Curie-Skłodowskiej, świętej Urszuli Ledóchowskiej potrafili skutecznie kształtować wrażliwość innych społeczeństw na sprawy kraju nieistniejącego wówczas na mapie. Spalajmy się i my miłością dla Polski. Polska potrzebuje naszego apostołowania. Przypisują nam winy i zbrodnie innych i to w skali tak zmasowanej i na tak wielu frontach, że o przypadku nie może tu być mowy. W swojej skromności nie dopuszczamy do siebie tej prostej myśli, że taki zmasowany atak nie może być skierowany wobec nic nie znaczącego przeciwnika. Jesteśmy widocznie bardzo ważnym narodem w skali całego świata, jeśli właśnie nas obciąża się najcięższymi zarzutami, jakimi są dziś holokaust i antysemityzm. Wyrządza się tym wielką krzywdę narodowi polskiemu, który jak żaden inny naród został doświadczony II wojną światową. Przypomnijmy w tym miejscu jakże wymowne liczby. Na 1000 mieszkańców zginęło wówczas 3 Amerykanów, 8 Anglików, 15 Francuzów, 56 Niemców, 114 Rosjan i 220 Polaków! Żaden inny naród na świecie z wyjątkiem Polaków nie był mordowany za pomoc udzielaną Żydom. Byliśmy przez wiele wieków przytulną kolebką dla narodu nigdzie niechcianego, który dziś rozdaje karty. Któryś z premierów Izraela powiedział nawet, że Polska była 900 lat w ciąży i powiła państwo Izrael. Gdyby się nas nie bano, czyż zadawano by sobie tyle trudu, by na skalę światową dorabiać nam cechy ludzi złych, gdy jako naród jesteśmy wprost namacalnym dowodem na ludzką szlachetność, wspaniałomyślność, brawurę i uczciwość?

Małą grupę ludzi, jakąś partię można osaczyć, wyśmiać, zneutralizować, ale nie idei, którą wszyscy mamy w sercach, idei wolnej i niepodległej Polski, która nam wszystkim się marzy. Przy dzisiejszych środkach technicznych możemy szybko doinformowywać się nawzajem. Możemy, chcemy, musimy każdy na swoim posterunku dzielić się swoją wiedzą z każdym napotkanym człowiekiem. Nie bójmy się, że nasza wiedza historyczna jest niekompletna. Przerażająca większość społeczeństw w ogóle jej nie posiada. Każdy pozyskany przez nas cudzoziemiec, przyjaźnie nastawiony do Polaków, to w dzisiejszych czasach więcej niż oręż. Dziś największe wojny staczane są nie na polach bitewnych, ale na polach manipulacji i tego typu wojny z pewnością możemy wygrywać. Tyle bowiem frontów możemy zorganizować, ilu nas jest, a jest nas wielu.

Drugą niezwykle ważną rzeczą, której potrzebuje nasza ojczyzna, jest uświadomienie tym Polakom, którzy nigdy kraju nie opuścili, iż serce emigranta pozostaje na zawsze sercem Polaka. Poprzez oddalenie, ta miłość staje się jedynie intensywniejsza, bo zabarwiona goryczą trudów, jakich nie skąpiły emigrantom nowe miejsca osiedlenia. I tutaj niezwykle ważne byłoby scalenie prawych Polaków, tych na emigracji i tych w kraju, dla wspólnych działań. Mogą to zrobić z łatwością autorytety rozpoznawalne i w kraju, i za granicą w osobach: red. S. Michalkiewicza, prof. J.R. Nowaka, prof. Piotra Jaroszyńskiego, Rafała Ziemkiewicza, prof. Zybertowicza, Waldemara Łysiaka, Jana Pośpieszalskiego, Ewy Stankiewicz czy Grzegorza Brauna.

Polska tylko wtedy będzie silna, jeśli wesprze się zdecydowanie na obu nogach, z których jedną stanowią prawi Polacy w kraju, a drugą prawi Polacy na emigracji. A antypolskie media? Mogą się wówczas dwoić się i troić.