Strona główna / Nasze sprawy / Gospodarz i duszpasterz

GP #20, 4 października 2014 r.

Gospodarz i duszpasterz

Ks. Ostaszewski
Ks. dr Andrzej Ostaszewski

Kiedy po raz pierwszy znalazłem się w kościele św. Kazimierza Jagiellończyka w Newark, w stanie New Jersey, byłem zauroczony nie tylko wspaniałym, typowo polskim wystrojem tej świątyni, gdzie nie zabrakło nawet wizerunku naszej Pani Beskidów, Płaczącej Madonny z Kalwarii Zebrzydowskiej, ale przede wszystkim stosunkiem proboszcza do obecnych w świątyni dzieci. Wyglądało na to, że czuły się tu one jak w domu czy na placu zabaw, prowadziły rozmowy z księżmi, rozrabiały, śmiejąc się i radośnie pokrzykując. Widziałem, jak wielką poświęcał im uwagę gospodarz kościoła i jego współpracownicy. Miałem też szczęście być naocznym świadkiem wizyty św. Mikołaja, który nie przeoczył żadnego z milusińskich (o co zadbał Ksiądz Proboszcz), nawet dość chętnie pozował do fotografii. Maluchy wdrapywały się na jego kolana, a były wśród nich i takie, które usiłowały sprawdzić autentyczność jego niezmiernie długiej, srebrnej brody. W kościele panowała świąteczna, podniosła atmosfera.

Inne novum: Ksiądz Proboszcz dokładnie tłumaczy – zarówno dzieciom, jak i dorosłym – przypisane na dane niedziele czytanie Biblii. Zwłaszcza mszom św. i imprezom przeznaczonym dla uczniów szkoły polskiej poświęca się szczególną uwagę. Proboszcz przygotowuje dla nich regularnie religijne pogadanki.

Ostatnio, kiedy znowu miałem okazję brać udział we mszy św. w kościele św. Kazimierza, mury świątyni otaczało rusztowanie. Trwał remont. W ten piękny letni dzień miał miejsce piknik – odpust parafialny. Były stoiska z książkami, polonikami, ze spyżą i to doskonałą… No, i wszędzie był obecny gospodarz parafii, postać wysoce respektowana, w randze instytucji i ostatniej instancji, zabiegany, rozrywany, czujny, dobry włodarz, ks. proboszcz Andrzej, postać – jak zgodnie twierdzili rozmawiający ze mną parafianie – dla ich kościoła i wiernych opatrznościowa. I rozpoczynał się tu zazwyczaj łabędzi śpiew o zacności, gospodarności, erudycji, wiedzy, umiejętnościach przywódczych, a zwłaszcza zdolnościach nawiązywania z wiernymi przyjaznych kontaktów proboszcza od św. Kazimierza… Panuje tutaj bowiem powszechne przekonanie, iż to on uratował ten jeden z najstarszych polskich kościołów.
A rzeczywiście w pierwszym dziesięcioleciu nowego wieku ważył się los wspaniałej polonijnej świątyni. Przedstawiciel Archidiecezji Newark, biskup Edgar Moreira da Cunha (wyniesiony zresztą do godności biskupiej przez Jana Pawła II), przedstawił plany połączenia kościoła św. Kazimierza z parafią Matki Boskiej Częstochowskiej w Harrison, NJ. Planowano także wynajem świątyni członkom Kościoła syryjskiego. Rada Parafialna kościoła św. Kazimierza odrzucała kolejno propozycje biskupa, obawiając się, i pewnie słusznie, że ten piękny i dobrze utrzymany obiekt może być sprzedany i stracony na zawsze dla Polonii. Tak przecież stało się z innym budynkiem w Archidiecezji Newark, który przeszedł w ręce prywatne za 5 mln dolarów. Polonia amerykańska srodze była w takich wypadkach pokrzywdzona. W Chicago były również podobne zakusy na dwa kościoły polonijne: św. Trójcy, gdzie dzisiaj działa Katolicka Misja Polska, prowadzona przez zdolnego i przedsiębiorczego ks. Andrzeja Maślejaka, i kościół M.B. Anielskiej. W moim sąsiedztwie, w środkowym Wisconsin, w małej wiosce Plover, mimo oporów wiernych, zburzono piękny, stary, doskonale utrzymany zabytkowy kościół bł. Bronisławy. Co smutne: świątynię budowali Polacy, ofiarując grunt pod nią i cmentarz. Obiekt burzyła znana miejscowa firma, której właścicielami od pokoleń jest rodzina polska…

Podobnie było w Michigan i w Minnesocie. Problem z polonijnym kościołem św. Krzyża w Minneapolis do dzisiaj budzi głębokie emocje wśród tamtejszej Polonii. Emocje i lęk, bowiem rzeczywistość nie wygląda różowo.

Według opinii parafian, które potwierdzają też dane z Internetu i kurii, Polacy w New Jersey, parafianie „od św. Kazimierza”, byli szczęśliwsi od tych z Wisconsin, Minneapolis czy Detroit – udało im się wygrać batalię o polskość tej świątyni, wybudowanej zresztą dzięki ofiarności polskich emigrantów. „Krwawica polskich emigrantów, którzy dzięki osobistym wyrzeczeniom zbudowali ten piękny kościół, nie może iść na marne. To jedno z najstarszych w New Jersey polonijnych miejsc wspólnej modlitwy, to część nas samych, naszej tradycji, naszej polskości. Dziś nikt nie rozumie tego bardziej niż parafianie z kościoła św. Kazimierza, którzy pomimo tak wielkich przeciwności losu, nie poddają się, bo otuchy dodają im słowa naszego największego rodaka, Jana Pawła II: »Nie lękajcie się«”.

Komitet Obrony Kościoła czujnie obserwuje sytuację i stwarza front obronny. No, i posiada człowieka opatrznościowego, znakomitego gospodarza. Parafianie są święcie przekonani, że dzięki ks. dr. Ostaszewskiemu ich parafia żyje. Długi zostały spłacone, zakłada się nowe kandelabry, stan sanitarny obiektu jest kwitnący, przy parafii działa polska szkoła, budynki należące do kościoła są w znakomitym stanie, napływają nowi parafianie, nadawano nawet transmisje radiowe mszy św. z kościoła.

Parafianie mówią: „To zasługa Proboszcza”. Proboszcz zaś twierdzi, że to poświęcenie i ofiarność parafian i pomoc diecezji. No, bo bez wiernych parafia byłaby martwa. Nie wiadomo, gdzie leży prawda. Parafianie wierzą głęboko, że „tylko Bóg wie najlepiej”, ale zaraz dodają, że „oni też znają prawdę, której nikt przy zdrowych zmysłach będący zakwestionować nie może”…
Żeby tylko nam naszego Proboszcza nie zabrali – powiedziała mi z obawą poznana na pikniku sympatyczna staruszka, związana ze św. Kazimierzem całe swoje życie. – Ja tu do bierzmowania byłam, ślub z moim nieboszczykiem tu wzięliśmy, mąż też tu w kościele różne roboty robił, bo wszystko potrafił uszykować jak trzeba. I stąd w swoją ostatnią drogę na cmentarz ruszył. A te inne proboszcze to zazdrosne, że akurat do nas i do naszego proboszcza różne ważne osoby zjeżdżają i to ze Starego Kraju, i z Italii, i z Watykanu, że msza św. od nas przez radio idzie, a o Proboszczu po gazetach piszą i że on kawał świata zna. Ja wiem, bo przecież z nami na pielgrzymce był, i to niejednej. Nasi ludzie, mówię ci, to zazdrosne i jak widzą, że ktoś dobrze gospodaruje i ludzki szacunek ma, i kochany jest, to by zaszkodzić chcieli albo i pomniejszyć owoce ludzkiej pracy. Nie daj, Boże, żeby ksiądz Andrzej, nasz zacny, mądry proboszcz, nas opuścił. Ja wiekowa, więc nie doczekam, ale przecież on tu potrzebny polskim rodzinom, no i ludziom młodym, ogłupianym przez te nasze gazety, dziką muzykę, telewizję i filmy. On, mówię ci, śpiewa też pięknie, prawie jak Pokropieni, ten z drugiego Korpusu, co w New Jersey się po wojnie znalazł. Wiadomo, tam w seminariach nie pozwalają młodym cygaretek kurzyć, to nasz proboszcz ma zdrowe płuca i głos piękny… Niech proboszczuje u nas jak najdłużej.

Było to dla mnie coś tak niezwykłego, ta zgodna, pełna szacunku, uznania i podziwu opinia, iż zwróciłem się do ks. dr. Ostaszewskiego z prośbą o rozmowę. Co prawda, był on bardzo zajęty i trudno osiągalny, ale do rozmowy jednak doszło, tym bardziej dla mnie interesującej, że dotyczącej również miasta mojej młodości, Rzymu.

Osiągnięcia ks. Ostaszewskiego są rzeczywiście imponujące. Jako 18-latek podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium duchownego, gdzie spędził 6 lat. Następnie wyjechał do Rzymu, otrzymując stypendium, które już samo w sobie było wyróżnieniem. Znalazł się w znanym, prestiżowym Instytucie Biblijnym, gdzie rocznie studiuje tylko 200 studentów, mieszkał w Polskim Kolegium w Rzymie, był najmłodszym wśród 25 zamieszkałych tam księży polskich, którzy studiowali na różnych uczelniach Rzymu. Tam m.in. opanował języki antyczne: hebrajski, grecki, a także i ten, którym mówił Chrystus – aramejski. Zna znakomicie język włoski, także francuski i niemiecki. Twe dwa ostatnie poznał w czasie swoich studiów w Niemczech i Francji. Doktorat na temat greckiego wydania XV rozdziału Ewangelii św. Łukasza (Boże Przebaczenie: o zaginionej owcy, zagubionej drachmie i synu marnotrawnym) obronił w Jezuickim Instytucie Gregorianum (Pontificia Gregoriana Universita. Uczelnia ta założona została w 1551 r. przez św. Ignacego Loyolę jako Collegio Romano, wspierana była przez Grzegorza XIII, a prowadzona jest przez jezuitów od powstania do chwili obecnej, z wyjątkiem okresu, gdy zakon ten legalnie został skasowany, czyli od 1773 do 1824 r., kiedy Leon XII powierzył ją ponownie jezuitom). Instytucja ta, uważana za uniwersytet narodów, ma najbardziej prestiżowy w świecie wydział teologiczny. Studiuje tam ponad 3000 studentów ze 130 krajów świata. Praca doktorska ks. Ostaszewskiego pt. L’immagine di Dio rappresentata nelle tre parabole del capitolo 15º del Vangelo di Luca („Obraz Boga przedstawiony w trzech przypowieściach ewangelii świętego Łukasza rozdział 15”), oscylująca na obrzeżach głębokiej teologii i skomplikowanej lingwistyki, jest dowodem jego nieprzeciętnej wiedzy i znakomitych metod badawczych.

Red. Edward Dusza: Z jakiej diecezji Ksiądz Proboszcz pochodzi, jak doszło do kapłaństwa, jak ocenia Ksiądz swoje duszpasterstwo, autentyzm powołania i rolę w służbie Kościoła? Czy wybór na pewno bardzo trudnego a często samotnego życia – nie dla siebie przecież, ale dla innych – był w przypadku Księdza decyzją długofalową i przemyślaną, czy spontaniczną, po prostu va banque?

Ks. Andrzej Ostaszewski: Jestem z diecezji łomżyńskiej. Jak doszło do kapłaństwa? Trudno powiedzieć. Po prostu stało się. Moje powołanie nie rodziło się stopniowo, tak jak u innych księży. Nie miałem żadnych znajomych wśród duchowieństwa. Nie wyjeżdżałem na żadne rekolekcje czy oazy. Przyszło to znienacka. W pewnym momencie życia zdecydowałem, że pójdę do seminarium. Cel mojej decyzji uświadomił mi rektor seminarium. Kiedy przy pierwszym spotkaniu zapytał mnie, dlaczego chcę zostać księdzem, odpowiedziałem mu bez wahania: „Chcę pomagać ludziom”. I tak to się wszystko zaczęło.

Samotność u kapłana? Nigdy nie byłem samotny. Nie mam nawet czasu na samotność. Mam za dużo pracy i obowiązków. Św. Jan Paweł II kiedyś powiedział, że nie rozumie księży, którzy mają problem z samotnością, bo jeśli człowiek wierzy, modli się, pracuje i jest dla ludzi, to nie może być samotny.

Czy łatwo było zamienić Księdzu Wieczne Miasto, majestatyczny Rzym, na – co tu dużo mówić – nieciekawą dzielnicę w Newark? No, i czy było warto opuszczać Włochy w chwili, kiedy akurat działy się tam ważne wydarzenia, w których na pewno brałby Ksiądz udział choćby ze względu na swoje nieprzeciętne wykształcenie, znajomość języków obcych, łatwość nawiązywania stosunków – zarówno z intelektualistami, jak i ludźmi najprostszymi. Miał Ksiądz przed sobą wielką karierę naukową, dzisiaj pewnie byłby Ksiądz co najmniej nuncjuszem, arcybiskupem, człowiekiem na świeczniku, a co najważniejsze: człowiekiem przydatnym i doskonale przygotowanym do stawienia czoła wielkim problemom dzisiejszego Kościoła.

– Nie wiem, czy by tak było, ale jest tak jak jest. Mieszkam w Newark i muszę powiedzieć, że lubię to miasto. Jest wspaniale położone. Wszędzie jest blisko i dobry dostęp do każdej drogi w New Jersey. Dzielnica, w której mieszkam, nazywa się Ironbound Section, gdzie ponad 40 proc. ludności to Portugalczycy. Dumni są z tego, że w tej części miasta jest 100 restauracji, otwartych do późna w nocy, tak jak w Europie czy w Nowym Jorku.
Czy łatwo było opuścić Rzym? Myślę, że tak. Chociaż muszę przyznać, że nie ma drugiego miasta na świecie, które znałbym tak dobrze. Mieszkałem tam ponad 8 lat. Oprowadzałem wycieczki, pielgrzymki Polaków przyjeżdżających z różnych stron świata. I wszystko robiło się pieszo. Stąd dobra znajomość miasta. Zawsze chętnie wracam do Rzymu, a ponadto mam nadal wielu przyjaciół, którzy mieszkają w Rzymie czy pracują w Watykanie, i zawsze jest miło spotkać ich ponownie.

Jak wyglądały pierwsze miesiące u św. Kazimierza?

– Pierwsze miesiące w Newark były trudne. Była to pierwsza parafia, za którą byłem odpowiedzialny jako administrator. Bez ludzi, bez pieniędzy, z półmilionowym długiem, z perspektywą zamknięcia w przyszłości. W przeciągu 2 lat spłaciliśmy nasze zadłużenie. Coraz więcej ludzi zaczęło przychodzić do kościoła. W przeciągu 5 lat zapisaliśmy do parafii ponad 300 rodzin. Jest to rzecz niesłychana. Nawet dużym parafiom nie udałoby się coś takiego. Kościół został odnowiony. W tym miesiącu kończymy renowację wież. Będą pięknie oświetlone trzema kolorami: białym, czerwonym i niebieskim. Parafia powoli nabiera stabilizacji. Niedawno kupiliśmy 14 wspaniałych kryształowych żyrandoli. Położyliśmy granit na prezbiterium. Czekamy tylko na położenie pięknej posadzki granitowej. Mamy nadzieję, że kościół stanie się kiedyś Bazyliką Matki Bożej Newarskiej, również dlatego, że mamy piękny obraz Matki Bożej w głównym ołtarzu...

A jak wygląda dzień pracy w parafii?

– W parafii jest dużo pracy dla jednego księdza, chociaż w weekendy pomaga mi dwóch albo czasem trzech księży. Zawsze staram się, żeby ksiądz był w konfesjonale. To też przyciąga ludzi.

Wiele osób z parafii pomaga mi w pracy. Ciągle brakuje mi czasu. Jestem odpowiedzialny za podstawową szkołę katolicką. Mamy 200 uczniów. Staram się być tam obecny jak najczęściej. Odpowiedzialny też jestem za Polsko-Słowacki Apostolat w archidiecezji newarskiej, gdzie na 220 parafii mamy prawie 20 parafii polsko-słowackich. Wybrano mnie również na prezesa Polish Clergymen’s Society, które zrzesza księży z trzech diecezji. Czas też muszę poświęcić, jak tylko mogę, dla Polish American Congress w New Jersey, której to organizacji jestem kapelanem, jak również kapelanem sportowców w tym stanie. To wszystko sprawia, że niekiedy mam mało czasu.

Jak Ksiądz Doktor postrzega rolę polonijnego kapłana w chwili obecnej, pełnej skumulowanych ataków na katolików czy katolickich duchownych?

– Autentyzm kapłaństwa powinien dominować w życiu kapłańskim. Jeśli tak będzie, to nie ma się czego bać.

Czy nie napawa Księdza niepokojem wyraźne kurczenie się obszaru polonijnych skupisk parafialnych, zwiększająca się obojętność wobec wiary, szczególnie wśród młodszej generacji, i nawet nasilająca się wrogość wobec polskiego duchowieństwa, tak widoczna zwłaszcza w dyskusjach na internetowych portalach polonijnych?

– Może to być duży problem na przyszłość. Dlatego księża polscy powinni być bardziej zaangażowani w życie duszpasterskie swoich parafii. Dbać o parafian. Starać się przyciągnąć ich jak najwięcej do kościoła. Zwrócić uwagę na młode małżeństwa i ich dzieci. Bez nich nie ma przyszłości w polskich parafiach etnicznych. My, jako Polacy mieszkający w USA, mamy prawo do naszych kościołów, które zostały zbudowane przez naszych przodków. Mamy prawo do naszego języka i do naszych nabożeństw. Kapłani i ludzie muszą to zrozumieć i być odpowiedzialni za to co polskie.

Czy nie sądzi Ksiądz Proboszcz, że polski episkopat powinien zwrócić baczną uwagę na sytuację polskich katolików za granicą? Zachodzą obecnie głębokie zmiany socjologiczne, dzisiaj od kapłana wymaga się nie tylko służby duszpasterskiej. Młodzi emigranci, zazwyczaj wykształceni i często dobrze znający język kraju swego osiedlenia, oczekują dzisiaj nie tyle nauczyciela religii, co osoby, której mogą zaufać – braterskiego rozmówcy, kogoś, kto zna podobne załamania i rozterki, jakie są ich udziałem, i kto nie występuje jako sędzia i mentor, ale jako brat wyciągający pomocną dłoń. Czytałem o czymś takim we wspomnieniach o ks. Popiełuszce: robotnik zapytał: „Co robić?”, a ks. Jerzy odpowiedział po prostu: „Nie wiem”. Coś, co czyni papież Franciszek – stawia pytanie: kim jestem, abym sądził? Kim jestem, abym potępiał? Prawda, ktoś podobnie pytał 2 tysiące lat temu… Czy ta, niby lekceważąca, riposta nie jest zaproszeniem do wspólnej rozmowy i obopólnego stawienia czoła problemom? Czy można stworzyć model takiego duszpasterstwa, które wymaga dialogu i dzielenia się po równi wiarą, nadzieją, a także zwątpieniem i zagrożeniem upadku i klęski? Czy nie należy pamiętać też, że ta ogromna Polonia obu Ameryk jest potężnym niedźwiedziem o niewymiernej sile? Należy mu tylko przerwać sen zimowy, wyrwać z błogiej, beztroskiej hibernacji i wykorzystać jego siłę. Wydaje się, że episkopat polski i nasze instytucje rządowe i partie polityczne nie traktują poważnie potencjału Polonii. Trzeba też przede wszystkim mieć na uwadze niezaprzeczalny fakt, że w przeważającej większości Polonię światową stanowią praktykujący katolicy i jest w tej wierzącej masie ludzkiej miejsce dla aktywnego, duchowego lidera…

– Sądzę, że tak. Polski episkopat dużo traci, nie zwracając uwagi na Polonię w Stanach Zjednoczonych. Tak jak niektórzy mówią, jest to wielki uśpiony niedźwiedź, niewykorzystany przez polski episkopat i polski rząd. Ogromna moc tkwi w Polonii. Jako księża musimy znaleźć czas dla Polonii. Musimy ją szanować i wymagać. Polonia potrzebuje liderów.

Od wielu lat słyszymy wśród przywódców polonijnych, że konieczne jest mianowanie dla Polonii światowej biskupa, rezydującego w Rzymie. Miałoby to ułatwić kontakt polskich parafii z amerykańskimi katolikami i diecezjami. Jakie jest zdanie Księdza Doktora na ten temat?

– Zgadzam się z tym. Potrzebujemy biskupa polonijnego, który zajmowałby się wyłącznie Polonią, bez obowiązków diecezjalnych. Tak, z siedzibą w Rzymie. Jest to miasto papieży. Rzym zawsze robi wrażenie, nawet w Stanach Zjednoczonych.

Coraz częściej podnosi się problem marnotrawienia czy lekceważenia i bezmyślnego trwonienia dorobku katolików polskich w Stanach Zjednoczonych i w innych częściach globu, gdzie polskie wychodźstwo stworzyło dużej wartości ośrodki religijno-kulturalne. Chyba najgorzej sytuacja wygląda w Stanach Zjednoczonych, gdzie poszczególne diecezje nie zawracają sobie głowy problemem dziedzictwa polonijnego. Wiele naszych obiektów sakralnych i kulturalnych po prostu przepadło, jak na przykład: biblioteki zakonne franciszkanów w Wisconsin (polskie książki palono w metalowych pojemnikach na śmieci), w Orchard Lake, gdzie cenne druki poszły bez kontroli na makulaturę i gdzie istnieją podejrzenia o kradzież cennych depozytów czy darów, jak m. in. obraz Marca Chagalla czy rękopis listu Jana III Sobieskiego. Na urzędy prestiżowych organizacji polonijnych powołuje się osoby nieznające języka polskiego i kultury naszego kraju.
Przykładem tego może być były kanclerz Zakładów Naukowych Orchard Lake, ks. Timothy Whalen, czy jego następca, ks. Thomas Machalski, który znawcą ani autorytetem dziedzictwa polskiego absolutnie nie jest. Na jakiej podstawie arcybiskup Detroit mianował go rektorem Polonijnego Seminarium Duchownego, a regensi Zakładów – kanclerzem? Za jakie zasługi czy osiągnięcia? Przecież wiadomo wszystkim, iż jest to przeciętny ksiądz, który może spełniłby się w roli wikarego na jakiejś pomniejszej parafii, ale nie w prestiżowej instytucji naukowej Polonii, gdzie czymś jednak trzeba się wykazać. No, i duchowny ten toleruje, usytuowaną tuż pod bokiem, świecką Misję Polską, kierowaną przez Marcina Chumięckiego, uchodzącego w opinii polonijnej za Nikodema Dyzmę, człowieka bez najmniejszego wykształcenia humanistycznego, który z całym oddaniem stara się wyważać szeroko otwarte bramy i epatuje społeczeństwo amerykańskie historią Holokaustu, czyli sprawą, która posiada już ogromne opracowania, tysiące publikacji oraz miejsc pamięci. I ci ludzie, Machalski i Chumięcki, odwiedzają Polskę i tam są przez lokalne duchowieństwo przyjmowani z ogromnym szacunkiem, także przez rektorów polskich seminariów czy przedstawicieli episkopatu, którzy padają przed nimi plackiem i traktują na serio. Nie tylko oni zresztą. Nawet pan hrabia Komorowski, prezydent RP, odznaczył ks. kanonika, przepraszam, dziś już zasłużonego prałata (!) Machalskiego, medalem. Jeden Pan Bóg raczy wiedzieć, za jakie osiągnięcia. Chyba tylko za tolerowanie osób winnych niszczenia polskości na obczyźnie. A przecież u Księdza Doktora, na plebanii u św. Kazimierza, a także w domu pp. Avy i Adama Bąków, poznałem tylu interesujących ludzi, rzutkich, wykształconych, a przede wszystkim patriotycznych księży intelektualistów, którzy mogliby uratować, podobnie jak to robi Ksiądz Doktor w swojej parafii, wiele instytucji polonijnych.

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Mianowanie osób na różne stanowiska nie zależy ode mnie. Ci, którzy mianują i są mianowani, muszą stać się odpowiedzialni za swoje decyzje i za to, co czynią. Sztuką jest wybrać właściwą osobę na właściwe miejsce. Każdy wybór powinien być dobrze przemyślany i wymodlony. Zgadzam się również z tym, że potrzebujemy dobrych, autentycznych duszpasterzy z powołania Pańskiego, bo tylko autentyzm przemawia do innych ludzi i buduje Dobro.

W czasie mojej ponad czterdziestoletniej pracy redakcyjnej spotykałem wielu wspaniałych ludzi, którzy poświęcili ogrom swojego czasu na pracę społeczną, charytatywną czy patriotyczną. W przeważającej liczbie byli to księża, dzisiaj w większości zupełnie zapomniani. Wielu z nich żyje jeszcze, często w osamotnieniu, a nawet biedzie. Pamiętam, jak polskie zakony, posiadające swoje domy również w Stanach Zjednoczonych, brały udział w akcjach społecznych, kulturalnych i politycznych. Nikt, na przykład, nie wspomina dzisiaj, że znany archiwista z Orchard Lake, ks. dr Roman Nir, i prałat Zdzisław Peszkowski przemycali książki emigracyjne do Polski i wspierali akcje polityczne „Pomostu” dźwięczącą monetą. Podobnie stało się z jezuitami w Chicago (ks. Stefan Filipowicz, ks. Leszek Balczewski i in.), salwatorianami (ks. Józef Zuziak), siostrami albertynkami (s. Ryszarda Kulczewska), karmelitami bosymi (o. Tomasz Bałys), ks. płk. Franciszkiem Tyczkowskim i wielu innymi. Duchowni zawsze wspierali polonijną prasę, akcje charytatywne i polityczne, i rzadko chowali głowę w piasek. Ale byli też duchowni, którzy nie do końca mówili Polonii prawdę. Niedawno zmarły ks. Stanisław E. Milewski, były kanclerz Zakładów Naukowych w Orchard Lake, twierdził w swoich wystąpieniach, wywiadach prasowych i płatnych ogłoszeniach, że Zakłady Naukowe to własność Polonii amerykańskiej. A jest to nieprawda. Dzisiaj instytucja ta to prywatna korporacja amerykańska o określonym statucie, kierowana w przeważającej liczbie przez świeckich regensów (często nawet niepolskiego pochodzenia), która m.in. przyjęła donację od zagorzałego ateisty i fanatycznego wroga Kościoła. Polacy są stamtąd regularnie usuwani. Obecnie, jedynie Seminarium SS Cyryla i Metodego podlega jurysdykcji arcybiskupa Detroit. Stąd wniosek, że źle się dzieje na Polonii.

Ale, Księże Andrzeju, działalność Księdza w parafii św. Kazimierza wskazuje na to, że może być lepiej i można mieć nadzieję na odnowę, jak tylko wśród nas znajdziemy kilku ludzi Księdzu podobnych. Na razie mamy ich niewielu. Wprawdzie kilka jaskółek nie czyni wiosny, ale odwieczna prawda mówi, że nie ma wiosny bez pierwszej jaskółki.

Dziękujemy Księdzu za Jego obecność wśród nas. Szczęść Boże!