Strona główna / Nasze sprawy / Zaszczuty, bo był Polakiem

GP #21, 5 października 2013 r.

Zaszczuty, bo był Polakiem

MACIEK MAJEWSKI

Bartek_Palosz

Rodzice Bartka Palosza wyemigrowali do USA, by zapewnić dzieciom lepszą przyszłość. 27 sierpnia br. dobiegł końca amerykański sen nastolatka. Zastrzelił się, bo nie mógł dłużej znieść nękania w szkole.

Ameryka go zdradziła

27 sierpnia, o 6.30 wieczorem, w mieszkaniu polskich imigrantów w Byram niedaleko Greenwich w Connecticut rozległ się strzał. W pierwszym dniu nowego roku szkolnego zabił się Bartek Palosz. 15-letni chłopiec nie wytrzymał codziennego nękania, szczucia i poniżania. I tak od 10 lat, dzień po dniu.

Ten strzał w skroń słychać do dzisiaj. Nie tylko w domu rodziców Bartka. Słychać go też w polskich imigranckich sercach, szczególnie matek i ojców, których dzieci chodzą lub mają pójść do amerykańskich szkół. To właśnie oni przyszli niedawno pod Greenwich High School, gdzie Bartek się uczył i cierpiał.

Każdy ma swoje Westerplatte

Jan Paweł II podczas pielgrzymki w 1987 r. powiedział w Gdańsku pamiętne słowa:
Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych.

Dla Bartka tym Westerplatte stała się codzienna wędrówka do szkoły, siedzenie w ławce, być może z kimś, kto mu stale dokuczał, śmiał się z jego akcentu. Wzięli go sobie za cel, bo Bartek był wyższy i grubszy od innych, miał trądzik i ten akcent, chociaż przyjechał do USA, gdy miał tylko 4 lata. A on chciał być i pozostał przyzwoity, nie śmiał się z innych, gdy mu kazali.

Tak, to było jego Westerplatte.

Cierpiał każdego dnia

Ile on musiał się wycierpieć! Raz zdeptali mu całkiem nowy telefon komórkowy. Innym razem przytrzasnęli głowę w szafce na ubrania (musiał iść do szpitala), zepchnęli ze schodów. Kiedy indziej popchnęli go na kłujące krzaki...

Takie męczarnie każdego dnia przeżywał mały Bartek w amerykańskiej szkole. Jednak on się nie skarżył, rodzina nie wiedziała więc nawet, że ma samobójcze myśli, a może depresję. Zawiadomiła ich policja, zaalarmowana jego wpisami w Internecie.

Na placu przed szkołą stał zapłakany ojciec Franciszek (siostry Beaty nie było, gdyż zaczęła studia, a mama Anna jest w Polsce i czyni przygotowania do pogrzebu). Zawsze go chroniła (jadła z nim obiady w stołówce i razem z bratem szła do szkoły i z powrotem). Niestety, w tym roku zaczynała wyższe studia i nie mogła już towarzyszyć Bartkowi w szkole...

A on potrzebował ochrony. Dwa tygodnie temu rano błagał mamę, by nie iść na lekcje. Nie udało się. W zeszłym roku schudł, nawiązał nawet jakieś przyjaźnie – rodzina była przekonana, że w końcu został zaakceptowany. Poszedł więc do szkoły. A gdy wrócił, zastrzelił się z broni taty...

Polskie dziecko

Marsz Milczenia, który zorganizowano na placu przed szkołą w Greenwich, był krzykiem rozpaczy polskich imigrantów po tragicznej śmierci młodego człowieka.

Chcemy, aby śmierć tego dziecka wryła się w nasze serca – powiedziała organizatorka marszu, Izabela Pardo-Małecka ze Szkoły Kultury Języka Polskiego w pobliskim Bridgeport. – To było nasze polskie dziecko i ta tragedia wstrząsnęła naszą polską społecznością. Musimy na to reagować, powiedzieć NIE! Nie zgadzamy się na przemoc w szkole! Nigdy nie zgodzimy się, aby dzieci dzieciom zgotowały taki los. Stop przemocy w szkole!

Tak, to było polskie dziecko. Wszak Bartek urodził się w Polsce. Przyszedł na świat 2 maja 1998 r. w miejscowości Kalna na Śląsku. I nie jako Palosz, tylko Pałosz. Rodzice, Franiszek i Anna, by poprawić sobie byt, ale przede wszystkim dzieciom zapewnić lepszą przyszłość, zabrali całą rodzinę do Ameryki. Bartek miał wtedy 4 lata. I gdy poszedł do szkoły, i gdy został obywatelem USA, literka „ł” w nazwisku została zastąpiona przez „l”, chociaż dokument podpisał dziecinnym charakterem pisma „Bartłomiej Franciszek Pałosz”. Po polsku.

Tak, to było polskie dziecko. Ale to było też dziecko amerykańskie, a przynajmniej tak bardzo chciało nim być. Jednak Ameryka go zawiodła, pozostawiła samego ze swoimi problemami. Odrzucili go koledzy, chłopcy, a może i dziewczęta, z którymi spędzał większość czasu podczas roku szkolnego.

Szkoła umyła ręce

Zdradziła go szkoła. Gdy rodzice Bartka poszli do szkoły szukać tam pomocy w rozwiązaniu problemów syna, ta okazała się zupełnie obojętna na tragedię dziecka rozgrywającą się przypuszczalnie na oczach nauczycieli. Dyrekcja nie chciała nawet pokazać rodzinie taśmy z incydentu, gdy koledzy przytrzasnęli głowę Bartka drzwiami szafki.

Szkoła nazwała to po prostu „wypadkiem”. I tyle. Padło standardowe „przepraszam” i na tym się skończyło. A gdyby zareagowali, mogliby go uratować – mówiła siostra Beata. I tak zachowują się do dzisiaj.

Zakneblowali usta

Nawet po śmierci chłopca szkoła zawiodła. Na Marszu Milczenia nie było praktycznie kolegów i koleżanek Bartka.

Nie wiedziałyśmy o tej uroczystości, nikt nam o niej nie powiedział. Ale i tak nie miałybyśmy czasu, by w niej uczestniczyć, bo trenujemy – szczerze przyznało kilka uczennic z Greenwich High School.

Krótko przed spotkaniem na placu przed szkołą, z boiska schodzili uczniowie po futbolowym treningu. Wysocy, dobrze zbudowani, pewni siebie. Tacy jak oni nękali Bartka dzień po dniu. Jednak na marsz nie przyszli. Dlaczego? Nie wiedzieli? Nie obchodziło ich to? Wstydzili się? Mieli wyrzuty sumienia? A może obmyślali, kogo uczynić swoją następną ofiarą?

A dlaczego kilka dziewcząt obecnych na Marszu Milczenia, zapytanych o tragedię Bartka, odmówiło odpowiedzi? A dlaczego, gdy jedna z nich już chciała coś powiedzieć, koleżanka uciszyła ją stanowczym: – Co ty robisz? Przecież zabroniono nam rozmawiać o tym z mediami.

A jak zinterpretować słowa dyrektora szkoły, dr. Chrisa Wintersa, który powiedział: – Pragnę wyrazić wielki szacunek dla Barta, jego rodziny i wszystkich tutaj zgromadzonych Polaków. Przykro mi, że nie mówię w waszym pięknym języku i że tylko trochę rozumiem waszą kulturę. Ale wiem, że w waszych sercach jest ogromny ból, smutek i gniew. Chcę was zapewnić, że wszyscy w Greenwich High School czujemy podobnie – zarówno uczniowie, jak i pracownicy cierpią wraz z wami, starają się wzajemnie wspierać i pokazać, że jesteśmy wspólnotą.

Jak zrozumieć te słowa, jeżeli się wie, że dyrekcja szkoły nie rozgłaśniała marszu wśród swoich uczniów?

Milczeli tylko Polacy

Więc w marszu milczeli tylko Polacy. Wielu z nich w ogóle nie znało Bartka. Przyjechali na plac przed Greenwich High School z potrzeby serca i obowiązku. A tych, którzy dzielili z nim klasę, mijali się na szkolnym korytarzu, nie było.

Niecałe 50 mil od Greenwich leży równie spokojne miasteczko Newton. Nie minął jeszcze rok, odkąd w tamtejszej szkole podstawowej Adam Lanza zamordował 26 osób, w tym 20 dzieci. Jedną z przyczyn masakry była izolacja młodego człowieka. Władze oświatowe nie zareagowały na czas, by pomóc zagubionemu nastolatkowi.

Bartek też był izolowany przez innych uczniów w szkole. I też szkoła, nauczyciele, dyrektor nie zrobili nic, by pomóc chłopcu. Bartek, zmęczony nękaniem, wybrał samobójstwo.

Ilu takich Bartków codziennie przemierza drogę do szkoły, truchlejąc na każdy nieprzyjazny gest kolegów? Ilu cierpi w samotności? Ilu chce położyć kres temu wszystkiemu, wybierając samobójstwo? Ale też ilu jest takich, którzy broń wezmą do szkoły i zamiast we własną skroń, lufę skierują w kierunku innych, tych winnych cierpienia, ale też i tych niewinnych?

Jeżeli system dalej będzie odrzucać młodych ludzi lub pozwalać, by nękano ich, jak Bartka w Greenwich High School, powtórka z masakry w Newton jest tylko kwestią czasu.

Życia Bartkowi już nic nie zwróci. Ale jego śmierć nie może pójść na marne. Żeby to jego Westerplatte okazało się zwycięstwem.