Strona główna / Nasze sprawy / Duma z kraju pochodzenia to wielka rzecz

GP #22, 19 października 2013 r.

Duma z kraju pochodzenia
to wielka rzecz

Z ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym Rzeczypospolitej Polskiej w Stanach Zjednoczonych RYSZARDEM SCHNEPFEM rozmawia JACEK HILGIER

Ambasador Schnepf
Ambasadorem nadzwyczajny i pełnomocny RP
w Stanach Zjednoczonych RYSZARD SCHNEPF

JACEK HILGIER: Pojawiły się sygnały, że w pracach komisji legislacyjnej Izby Reprezentantów zabraknie miejsca dla zapisów o włączeniu Polaków do ruchu bezwizowego. Jakie kroki podejmuje polska dyplomacja, by doprowadzić do korzystnej dla nas zmiany tych postanowień?

RYSZARD SCHNEPF: Już w styczniu br., tuż po rozpoczęciu prac przez nowo wybrany Kongres USA, Ambasada RP aktywnie włączyła się w działania zmierzające do zapewnienia w projekcie ustawy zapisów umożliwiających włączenie Polski do programu bezwizowego. Korzystne dla Polski przepisy dotyczące amerykańskiego programu ruchu bezwizowego znalazły się w przyjętej przez Senat ustawie imigracyjnej niecałe pół roku później. Z uwagi na uwarunkowania polityczne kwestia reformy „ugrzęzła” w Izbie. Nie należy jednak łączyć tego stanu rzeczy z zapisami dotyczącymi programu bezwizowego (tzw. VWP). Przeciwnie, mamy zapewnienia ze strony naszych partnerów w Izbie, że o ile temat reformy imigracyjnej zostanie podjęty i dojdzie do wypracowania przez Kongres ujednoliconego tekstu – zapisy dotyczące VWP zostaną w nim uwzględnione.

Amerykańska Polonia przeszła i ciągle przechodzi zmiany. Zmieniają się też priorytety polityki zagranicznej polskiego rządu. Jak w te zmiany wpisuje się waszyngtońska placówka?

– Stany Zjednoczone pozostają, obok naszych partnerów unijnych, kluczowym sojusznikiem w zakresie realizacji głównych celów polskiej polityki zagranicznej. Rozwijamy nasze stosunki głównie w trzech filarach: bezpieczeństwa, gospodarczym i demokratyzacyjnym. Choć potencjały Polski i USA są różne i my nie jesteśmy mocarstwem światowym, to zwłaszcza w tych trzech dziedzinach rozmawiamy, słuchamy i uczymy się od siebie jak partnerzy. Zacieśniamy tradycyjnie dobrą współpracę w zakresie bezpieczeństwa, której celem jest wzmocnienie wiarygodności NATO jako gwaranta naszego kolektywnego bezpieczeństwa. W Polsce jest już pierwsza, chociaż niewielka, amerykańska baza wojskowa, a w przyszłości będzie także druga, kiedy zostanie zrealizowana trzecia faza natowskiego systemu obrony przeciwrakietowej (EPAA).

Warto także podkreślić, że Polska jest jedynym państwem, z którym USA prowadzą regularny dialog demokratyzacyjny. Kolejna jego runda odbędzie się w najbliższym czasie w Warszawie. Jako ambasador RP w Waszyngtonie z dumą mogę powiedzieć, że posiadamy wiedzę i doświadczenia transformacyjne, którymi możemy i chcemy się dzielić głównie z naszymi partnerami z Europy Wschodniej we współpracy i przy wsparciu naszych amerykańskich kolegów. Jesteśmy obecni także w Afryce Północnej, gdzie polski model transfomacji zyskał uznanie. W obszarze gospodarczym szukamy ciągle nowych szans, aby rozwijać kontakty i wymianę, które obejmują nie tylko handel i inwestycje, ale także współpracę na rzecz podniesienia bezpieczeństwa energetycznego Polski. Chcemy również wykorzystać szansę, jaką stwarza perspektywa Transatlantyckiego Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji (TTIP).

Na ile zmieniło się nastawienie Polski do udziału w zagranicznych misjach wojskowych? Czy ma to wpływ na postrzeganie RP w Waszyngtonie?

– Polska pozostaje bliskim sojusznikiem USA. Nasi żołnierze walczyli razem na Bałkanach, w Iraku i Afganistanie; zgodnie z ustaleniami ze szczytu NATO – razem też opuszczą Afganistan. Pozostajemy wierni zobowiązaniom Sojuszu Transatlantyckiego i jest to zarówno dostrzegane, jak i doceniane w Waszyngtonie. Zgodnie z deklaracją prezydenta RP, chcemy jednak poświęcić w większym stopniu uwagę bezpieczeństwu naszego kraju, nawet jeśli miałoby się to dokonywać kosztem misji zewnętrznych. Taka postawa zyskała nie tylko szacunek naszych sojuszników, ale także pełne zrozumienie. Wzmocnienie naszych narodowych zdolności obronnych jest też przecież wzmocnieniem wschodniej flanki sojuszu, a więc i całego systemu NATO.

Rosyjska ofensywa dyplomatyczna w sprawie Syrii, przynajmniej na razie, zakończyła się jej sukcesem. Czy takie przesunięcie sił na korzyść Rosji w układzie sił między nią a USA może w jakimś stopniu zagrażać Polsce?

– To jednostronna ocena. Sukcesem jest zwiększenie szans na pozbycie się broni chemicznej w Syrii. Skuteczność międzynarodowej akcji będzie też przestrogą dla tych krajów, które wciąż mają w swoim arsenale tego rodzaju środki. Dlatego Polska z zadowoleniem przyjęła porozumienie USA i Rosji w sprawie poddania syryjskiej broni chemicznej pod kontrolę międzynarodową. Na przestrzeni ostatnich tygodni minister Radosław Sikorski wielokrotnie apelował o podjęcie przez Moskwę większej odpowiedzialności za ten proces. Jeśli Rosja chce przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa w Syrii i odegrać w tym konflikcie konstruktywną rolą, to powinniśmy pozytywnie to oceniać. Nasz minister podnosił tę kwestię zarówno w rozmowach z sekretarzem stanu USA Johnem Kerrym, jak również szefami dyplomacji państw Unii Europejskiej. Minister Sikorski pogratulował szefowi amerykańskiej dyplomacji porozumienia z Rosją i zaproponował aktywny udział Polski w procesie weryfikacji syryjskiego arsenału chemicznego i jego niszczenia.

Mamy nadzieję, że porozumienie otworzy drogę do wznowienia wysiłków na rzecz politycznego rozwiązania konfliktu syryjskiego, bo tylko w ten sposób, a nie w drodze interwencji militarnej, można położyć kres temu bardzo brutalnemu konfliktowi.

Jakie kroki podejmuje Polska, by USA poważniej zaangażowały się w Europie Wschodniej, wspierając Partnerstwo Wschodnie?

– W kontaktach z przedstawicielami administracji, Kongresu, oraz środowisk think-tanków podkreślamy wagę, jaką przywiązujemy do zmian zachodzących na obszarze wschodnioeuropejskim. Cieszymy się, że ze strony przedstawicieli amerykańskich władz padają deklaracje wsparcia dla silniejszego powiązania naszych europejskich sąsiadów na wschodzie z Unią Europejską. Realizacja amerykańskiej wizji „Europy zjednoczonej, wolnej i żyjącej w pokoju (whole, free and at peace)” – którą w pełni popieramy – wciąż jest aktualnym celem.

W trakcie niedawnej wizyty w Waszyngtonie (wrzesień 2013 r.) wiceminister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz apelowała o zwiększenie zaangażowania administracji amerykańskiej na rzecz krajów objętych Partnerstwem Wschodnim (PW), m.in. poprzez większą widoczność USA na wysokim szczeblu w regionie w okresie poprzedzającym szczyt PW w Wilnie. Stanowiłoby to ważny sygnał dla tych państw, które znajdują się obecnie pod silną presją ze strony Moskwy. Konsekwencją naszych spotkań w Kongresie było np. wystąpienie współprzewodniczącego podkomisji ds. Europy w Komisji Spraw Zagranicznych w Izbie Reprezentantów kongresmana W. Keatinga, w którym wezwał on administrację amerykańską do zwiększenia wsparcia dla państw objętych PW.

Współorganizowana przez naszą placówkę oraz Carnegie Endowment konferencja nt. Partnerstwa Wschodniego była okazją nie tylko do dyskusji nt. możliwości pogłębiania politycznego aspektu współpracy transatlantyckiej, ale również do szerszego zaprezentowania konkretnych osiągnięć współdziałania państw Grupy Wyszehradzkiej i USA w postaci projektów realizowanych w ramach pomocy rozwojowej. Jedną ze wspólnych polsko-amerykańskich inicjatyw jest Grupa Zadaniowa ds. Mołdawii, w ramach której został zrealizowany projekt utworzenia Centrum Informacyjnego dla Władz Lokalnych w Mołdawii. Zachęcamy stronę amerykańską do zaangażowania w program Visegrad 4 Eastern Partnership, który ma umożliwić państwom PW wykorzystywanie naszych doświadczeń w zakresie transformacji ustrojowej. Aktywnie promujemy również w Waszyngtonie inicjatywę European Endowment for Democracy, która została zaproponowana przez ministra Sikorskiego, aby wspierać procesy demokratyzacyjne w krajach europejskiego sąsiedztwa.

Czy przyznanie Global Citizen Award, nagrody Rady Atlantyckiej, prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu jest wyrazem, że doceniona została rola Polski jako lidera przemian społeczno-gospodarczych w regionie? Jakie korzyści przyniesie to nam na najbliższą przyszłość?

– To bezsprzecznie znaczące wyróżnienie. Rada Atlantycka jest jednym z najbardziej wpływowych think-tanków działającym w Waszyngtonie, który jednocześnie rozbudowuje swoją obecność w Europie (jeszcze w tym roku otwarte zostaną biura Atlantic Council w Warszawie i Stambule). Warto przypomnieć, że jej przewodniczącym i założycielem był obecny sekretarz obrony USA Chuck Hagel. W tym roku poza prezydentem Bronisławem Komorowskim Rada uhonorowała również b. sekretarz stanu Hillary Clinton. Przytaczam te fakty, aby podkreślić, że przyznanie przez Radę nagrody prezydentowi Komorowskiemu będzie zarówno dostrzeżone, jak i zapamiętane. Uhonorowanie prezydenta Komorowskiego nagrodą Global Citizen jest przejawem uznania dla Polski, która – jak powiedział prof. Brzeziński (wręczając tę nagrodę) – jest „demokracją odnoszącą sukcesy, ważnym członkiem NATO i sprawdzonym w boju sojusznikiem USA”. Jednocześnie nagroda, według słów pana Prezydenta, jest „gestem dobrej pamięci o całym pokoleniu polskiej Solidarności, wielkiego ruchu, który przyniósł Polsce i naszej części Europy upragnioną wolność”. W mojej osobistej ocenie jest to przede wszystkim wyraz prawdziwego uznania dla zaangażowania prezydenta RP w promowanie w regionie Europy Wschodniej wartości i ideałów demokratycznych.

Panie Ambasadorze, wiem, że Pańskie pobyty w USA to nie tylko służba dyplomatyczna. Jak Pan wspomina te wcześniejsze amerykańskie epizody?

– W Stanach Zjednoczonych byłem wielokrotnie, m.in. w 1999 roku na pamiętnym szczycie NATO, w którym po raz pierwszy uczestniczyliśmy jako pełnoprawny członek. Mój dłuższy, blisko roczny pobyt to przed 30 laty praca badawcza i edukacyjna na Uniwersytecie Indiany w Bloomington. Pamiętam wrażenie, jakie zrobiła na mnie, wówczas młodym naukowcu z kraju żyjącego w systemie komunistycznym, wolna społeczność akademicka i swoboda badań w USA. W uczelnianej bibliotece znalazłem wiele pozycji nt. historii Polski, o których nie miałem pojęcia. I chociaż jako aktywny uczestnik opozycji demokratycznej w Polsce miałem świadomość dotkliwości życia w PRL, to jednak wówczas w szczególny sposób uświadomiłem sobie, w jakiej odgórnie limitowanej rzeczywistości żyłem.

Był Pan ambasadorem również w krajach Ameryki Płd. i Środkowej. Czym różni się dyplomacja w tamtych krajach od tej w USA?

– To zupełnie inna kategoria, choć z sympatią wspominam swój 5-letni pobyt w Urugwaju czy kierowanie placówką w Kostaryce. Tam nasze interesy, a więc i cele, mają ograniczony i wyraźnie określony zakres. Tu, w Stanach Zjednoczonych, prowadzimy jednocześnie działalność na wielu polach, poczynając od bezpieczeństwa, a na promocji kultury skończywszy. Nie ulega wątpliwości, że w Waszyngtonie czuje się wielkość realizowanej tu polityki.

Czy przydaje się Panu tutaj znajomość języka hiszpańskiego?

– Znajomość każdego języka jest pożyteczna, a hiszpańskiego w szczególności. To w gruncie rzeczy drugi, po angielskim, język międzynarodowy. Na dodatek w USA żyje liczna hiszpańskojęzyczna grupa etniczna. Wśród znaczących polityków amerykańskich wielu ma korzenie w Meksyku, Portoryko czy na Kubie. Biegła znajomość ich rodzinnego języka, ale także wiedza o historii i realiach Ameryki Łacińskiej uzmysławia moim rozmówcom, że nie jesteśmy jednowymiarowi, a nasze zainteresowania wykraczają poza lokalny obszar. To robi dobre wrażenie i buduje bardziej partnerskie relacje.

Czy ma Pan częste kontakty z amerykańskim ambasadorem w Polsce i jak ta współpraca się układa?

– Nie dzwonimy wprawdzie do siebie codziennie, ale nasze kontakty określiłbym jako zawodowo bardzo dobre, a na płaszczyźnie prywatnej wręcz serdeczne. W końcu obu nam przyświeca ten sam cel: podnieść stosunki polsko-amerykańskie na możliwie najwyższy poziom. Ambasador Mull jest profesjonalistą w pełnym tego słowa znaczeniu, spędził wcześniej w Polsce kilka lat i, co kluczowe, lubi Polskę. Nasze ostatnie spotkanie w Nowym Jorku podczas wizyty prezydenta Komorowskiego było spotkaniem dobrych przyjaciół, którzy znakomicie się rozumieją.

Jaka jest rola żony ambasadora; czy wyręcza Pana przynajmniej w części obowiązków?

– Żona ambasadora to de facto dyplomata, często najbliższy doradca szefa placówki, któremu się ufa i który patrząc pod innym kątem na pracę ambasady może znacząco wzbogacić realizowane projekty. Zwłaszcza w zakresie kształtowania naszego wizerunku. A jeśli na dodatek małżonka ambasadora może swobodnie posługiwać się obcymi językami, ma rozległą wiedzę o świecie i do tego jest osobą elegancką i w jakimś sensie wytworną, to efekt jest znakomity. W moim konkretnie przypadku tak właśnie jest. Ważną rolę odgrywa również fakt, że moja żona, Dorota Wysocka-Schnepf, jest znaną dziennikarką telewizyjną, która jeszcze do niedawna prowadziła główne wydanie Wiadomości w publicznej TVP, a więc znakomicie zna świat mediów i reguły, jakie nim rządzą.

Praca ambasadora to nie tylko oficjalne spotkania, reprezentacja i wizyty na wysokim szczeblu. Mógłby Pan zdradzić nieco zakulisowych tajników swojej pracy? Czy zdarzyły się Panu jakieś anegdotyczne, niespodziewane wydarzenia, takie nieprzewidziane w protokole?

– Oficjalne rauty i to, co na ogół dostrzegamy z zewnątrz, to tylko niewielki procent wysiłku, jaki składa się na budowanie relacji z ważnymi środowiskami czy też gromadzenie szczegółowej wiedzy na temat kraju naszego urzędowania. Można by powiedzieć, że to, co pokazuje oko reporterskiej kamery czy aparatu fotograficznego, to jedynie wisienka posadzona na olbrzymim torcie misternie przygotowanym przez grupę pracowitych „kucharzy”.
A tak w ogóle jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy tak jak wszyscy mają swoje radości i troski. Jako tata jednej starszej córki Zuzi oraz dwójki maluchów, 5-letniej Tosi i 3-letniego Maxa, staram się sprawiedliwie dzielić czas pomiędzy oficjalne zobowiązania i sprawy rodzinne. Czytanie bajek przed snem oraz weekendowe wyprawy na pobliski plac zabaw należą do moich obowiązków, z których usiłuję wywiązywać się sumiennie. Niestety, nie zawsze się to udaje. Stany Zjednoczone to ogromny kraj i wiele moich wizyt przypomina międzykontynentalne, czasochłonne i męczące podróże.

Zaskakujących wydarzeń mam w pamięci wiele i zapewne znajdą one swoje miejsce we wspomnieniach, na które jest jeszcze zbyt wcześnie. Wśród nich zapewne pojawi się moja rozmowa z królem Hiszpanii Juanem Carlosem po złożeniu listów uwierzytelniających w lutym 2009 roku, kiedy to monarcha zaskoczył mnie głęboką i niemal profesjonalną wiedzą na temat kolejnictwa, w tym również problemów i planów PKP. Podtrzymanie konwersacji wymagało dużego wysiłku, zwłaszcza że ostatni raz korzystałem z naszych kolei przed kilkunastu laty.
Mam też żywo w pamięci trudne początki obchodów 25. rocznicy powstania Solidarności. Kiedy w styczniu 2005 roku ówczesny minister spraw zagranicznych powierzył mi zadanie koordynacji przygotowań do tego wielkiego wydarzenia, wszyscy byli skłóceni i wieszczono mi porażkę. Mój szef powiedział: – Proszę się tym zająć, ale niech się pan nie przejmuje, jeśli się panu nie uda. Proszę tylko myśleć, jak ograniczyć straty. Pół roku później Gdańsk był świadkiem wspaniałych obchodów, w których udział wzięli nie tylko prezydenci i premierzy z 28 krajów, ale także nasi pogodzeni politycy. Nieskromnie dodam, że utarło się wówczas takie przekonanie, że Schnepf jest od rozwiązywania problemów nierozwiązywalnych.

Co chciałby Pan przekazać Polakom rozsianym po całych Stanach Zjednoczonych, czego życzyć?

– Rodakom chciałbym przede wszystkim podziękować za okazywaną sympatię i wsparcie we wszystkich w zasadzie działaniach, jakie podejmujemy. Mieć poczucie, że za Ambasadą RP stoi liczna i aktywna grupa Polaków zamieszkałych w USA, to wielki komfort i powód do satysfakcji. Korzystając z okazji pragnę jednak zapewnić z kolei, że i oni nie są sami, że mogą liczyć na polskie placówki dyplomatyczne i konsularne w Stanach Zjednoczonych. Chodzi zarówno o wielkie sprawy, jak na przykład zniesienie obowiązku wizowego, jak również pomoc w rozwiązywaniu codziennych, życiowych problemów. Drodzy Państwo, pamiętajmy, że dzisiejsza Polska to nie tylko kraj wolny i demokratyczny, ale także politycznie stabilny, a to nie jest tak powszechne ani w świecie, ani nawet w Europie. To także kraj ekonomicznego sukcesu w czasach niemal powszechnego kryzysu. Jest więc wiele powodów, abyśmy byli dumni z naszej ojczyzny, a duma z kraju pochodzenia to wielka rzecz.