Strona główna / Nasze sprawy / Dobrze być Polakiem na Węgrzech

GP #24, 16 listopada 2013 r.

Dobrze być Polakiem na Węgrzech

Z KS. LESZKIEM KRYŻĄ T.CH., wieloletnim proboszczem polskiej parafii personalnej w Budapeszcie, rozmawia LESZEK WĄTRÓBSKI

Kosciol polski w Budapeszcie
Kościół polski w Budapeszcie. (Fot. Leszek Wątróbski)

LESZEK WĄTRÓBSKI: Do Budapesztu przyjechał Ksiądz w lipcu 2003 roku…

KS. LESZEK KRYŻA: W polskiej parafii personalnej w Budapeszcie spędziłem prawie dziesięć lat. Przyjechałem na Węgry po dwóch latach pracy w Polskiej Misji Katolickiej w Kolonii. Wcześniej przez sześć lat pracowałem też za wschodnią granicą, gdzie byłem delegatem przełożonego generalnego Towarzystwa Chrystusowego do spraw Wschodu: Białorusi, Ukrainy i Kazachstanu. Zajmowałem się chrystusowcami pracującymi za naszą wschodnią granicą.

Praca w Budapeszcie była szczególnym wyzwaniem. Dzisiaj dziękuję Panu Bogu za ten szczególny czas. To były naprawdę ciekawe i rozwijające lata.

Węgry, mimo niewielkiego oddalenia od Polski, zaledwie 400 km od Krakowa, są jednak kulturowo innym krajem. Dochodzi do tego zdecydowanie inny język i inna mentalność. Mało tego, Węgry otoczone są z kilku stron narodami słowiańskimi. Mimo to, próbują zachować swoją tożsamość. Trzeba jeszcze dodać jeden szczególny rys, mianowicie realną przyjaźń polsko-węgierską. Właśnie dlatego praca tutaj była takim szczególnym wyzwaniem.

Może jeszcze dlatego, że polska parafia ma charakter placówki personalnej, a nie terytorialnej, i obejmuje wszystkich Polaków z całych Węgier.

Co oznacza pojęcia „parafia personalna”?

– Słowo „personalna” jest tutaj bardzo ważne. Najpierw określa charakter parafii w sensie administracyjnym, czyli parafia obejmująca swą posługą Polaków bądź ludzi polskiego pochodzenia mieszkających na terenie Węgier. Można też to określenie „personalna” odnieść do wypracowanych tutaj relacji, w których najbardziej liczy się człowiek, każdy człowiek, oczywiście w odniesieniu do Boga. Jest to parafia, która mnie uczyła, że Kościół jest wspólnotą, bez anonimowości, która sprawia, że wierni wychodzą jednymi drzwiami, a kapłan drugimi i ich drogi się rozchodzą.

W naszym wypadku mogliśmy sobie pozwolić na rodzinną atmosferę w czasie liturgii i przeniesienie jej na spotkania w Domu Polskim, znajdującym się obok kościoła. Te spotkania miały różny charakter. Czasami byli to zaproszeni goście, wystawy, koncerty, przedstawienia lub spotkania okolicznościowe – np. z okazji Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Było to swoiste przedłużenie liturgii.

Taki charakter parafii sprawia, że każdy wierny jest ważny. I że trzeba się cieszyć z każdej osoby przychodzącej do kościoła. Zauważyłem ponadto, iż nasze grono zna się dobrze i czuje się jak rodzina. I jeśli kogoś brakuje na nabożeństwach przez tydzień czy dwa, to niektórzy to widzą i alarmują. I zwracają się do mnie, że nie ma wśród nas konkretnej osoby, do której trzeba zadzwonić i zapytać się, co się z nią dzieje, czy nie potrzebuje przypadkiem naszej pomocy? Dzwoniliśmy więc do niej i pytaliśmy.

I ja się cieszę, że mogłem w takim właśnie klimacie być i pracować.

To były plusy tej pracy. A z jakimi trudnościami Ksiądz się spotykał w czasie swojej misji w Budapeszcie?

– Nie chcę wyłącznie idealizować tej społeczności. Żadna przecież społeczność nie jest doskonała. Wszędzie zdarzają się pęknięcia. Zdaję sobie jednak sprawę, że duszpasterzowanie w Budapeszcie było dla mnie wyjątkowym zadaniem, za które jestem Panu Bogu i ludziom wdzięczny.

Jedną z trudności, z jakimi się tam spotkałem, był język, który diametralnie różni się od polskiego i z którym nie mamy żadnych skojarzeń. Jego naukę musiałem rozpocząć od zera.

Trzeba tu koniecznie dodać, że kiedy zacząłem już czytać po węgiersku, to spotykałem się z dużą wyrozumiałością ze strony słuchaczy. Węgrzy, którzy uczestniczą w życiu naszej parafii przez sympatię do naszego kościoła choć w pobliżu mają węgierskie parafie, dodawali nam (czyli mnie i moim poprzednikom) odwagi swymi pochwałami, twierdząc, że nasz węgierski jest już na tyle dobry, że można go zrozumieć. To nas bardzo mobilizowało.

Drugi problem, z jakim się spotkałem w Budapeszcie, były małżeństwa mieszane. Polonia na Węgrzech to przecież w dużym procencie emigracja sercowa, a z nią bywało bardzo różnie. Znam wiele małżeństw udanych, ale nie wszystkie. Trudno tu mówić o konkretnych liczbach.

Powiedziałbym, że wśród tych, którzy uczestniczyli w życiu parafii, w większości były małżeństwa udane. A w nich pan Węgier, po pierwsze, rozmawiający po polsku (często doskonale) i po drugie akceptujący inność swojej żony, jej religię, kulturę, hierarchię wartości, historię itd. Oczywiście, zasada akceptacji i pewnego kompromisu obowiązuje obydwie strony. I jeżeli to wszystko udało się wspólnie przepracować, to z tego wychodziły naprawdę wspaniałe małżeństwa i rodziny. Kiedy jednak w małżeństwie mieszanym tych elementów zabrakło, to nie wytrzymywały one próby czasu.

Jeszcze jedna trudność to niewątpliwie różnorodność wyznaniowa czy bezwyznaniowość ze wszystkimi tego konsekwencjami, np. świętowanie niedzieli.

Trudności w zasadzie było naprawdę niewiele. Tak się bowiem wszystko poukładało, że tych dobrych rzeczy było dużo więcej niż tych trudnych. Więc jeszcze o pozytywach. Obok radości z codziennego funkcjonowania parafii, istniał jeszcze jeden wyjątkowy pozytyw, mianowicie prawdziwa przyjaźń polsko-węgierska. Znamy przecież wszyscy powiedzenie „Polak, Węgier dwa bratanki...”. W naszej parafii to nie było tylko sentymentalne hasło, ale coś, czym żyliśmy na co dzień. Podam tu dwa przykłady.

Pierwszy to śmierć papieża Jana Pawła II. Niesamowita reakcja Węgrów. Przychodzili do polskiego kościoła, tak jakby umarł nam ktoś z najbliższej rodziny. Z wdzięcznością, że Jan Paweł II był naszym wspólnym papieżem. Nawet młodzież wymyśliła okolicznościową akcję, na telefony komórkowe i na sms-y, aby w ciszy i modlitwie przejść przez miasto, by w ten sposób uczcić pamięć Jana Pawła II. Organizatorzy spodziewali się może 100 albo 200 osób. Przyszło tylu, że trzeba było aż ruch wstrzymywać. To była piękna manifestacja wiary.

Drugi piękny moment solidarności miał miejsce zaraz po katastrofie smoleńskiej. Węgrzy przychodzili pod nasz kościół i palili świece. Modlili się autentycznie i cierpieli z nami.

A jak na co dzień wygląda współpraca polsko-węgierska?

– Na co dzień spotykałem się również z wieloma wyrazami serdeczności i przyjaznego nastawienia. Węgrzy na słowa „jestem Polakiem” reagują na wskroś pozytywnie i nawet nie znający języka wyczuwają przyjazne nastawienie, które zresztą ma swoje historyczne podstawy, nawet w historii najnowszej, jak rok 1956, czasy Solidarności czy bł. Jan Paweł II.

Wracając na parafialne podwórko: kiedy np. modliliśmy się w naszym kościele odmawiając różaniec po polsku, to panie Węgierki odmawiały go razem z nami. Nauczyły się po polsku „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. I odwrotnie. Polacy modlili się z nimi po węgiersku.

Podobnie działo się, kiedy jeździliśmy do Polski, na Jasną Górę, na nocne czuwanie z grupką Węgrów, którzy nie znając polskiego modlili się z nami przez całą noc. Oni byli zawsze bardzo zachwyceni Jasną Górą i panującą  tam atmosferą.

Co jeszcze udało się Księdzu dokonać przez lata pracy w Budapeszcie?

– W parafii udało się nam zdziałać, przez ostatnie osiem lat, wiele rzeczy w wymiarze materialnym i duchowym. Niewątpliwą radością jest fakt założenia chóru parafialnego, którego patronką jest św. Kinga, a której relikwie mamy w naszym kościele. Taki chór, złożony z prawie 30 osób, w tak niewielkiej społeczności, to jest coś!

Chór na czele z dyrygentem Węgrem, doskonale mówiącym po polsku, stał się prawdziwą wspólnotą. Ja się zawsze cieszyłem, kiedy ludzie chcieli czegoś więcej i nie poprzestawali na szarej codzienności. Wiem, że to nie było wcale proste. Bo czasami, aby dojechać z drugiego końca Budapesztu na próbę chóru czy inne spotkanie, trzeba było poświęcić sporo czasu.

Kolejną radością był zespół rodzinny „Kleksiki”. Tworzy go kilka rodzin z dziećmi, które raz w miesiącu grają, śpiewają i modlą się z na niedzielnej mszy św. dla dzieci. Dzięki wprowadzonej comiesięcznej mszy św. dla dzieci z taką oprawą widać było, że parafia nasza żyje.

Kolejnym powodem do satysfakcji są parafialne dni skupienia, dni skupienia dla rodzin z dziećmi – te wydarzenia już na stałe weszły do naszego kalendarza.

Na czym polegała różnica pomiędzy parafią budapeszteńską i polską w kraju?

– Nasza budapeszteńska parafia ma swoją specyfikę. Przypomina wszystkie inne parafie na emigracji. Mamy o tyle łatwiej, że mamy swój Kościół, a o tyle trudniej, że zdecydowana większość parafian mieszka daleko. Życie liturgiczne koncentrowało się więc tak naprawdę na piątku, sobocie i niedzieli. Trzeba jednak dodać, że życie parafialne ma całotygodniowy rytm, np. w polskiej szkole prowadzona jest nauka religii, a w soboty przedszkole w Domu Polskim, tym zajmują się Siostry Misjonarki Chrystusa Króla, które od roku 2000 służą w parafii.

Skoro o siostrach mowa, to należy jeszcze wspomnieć opiekę nad najstarszymi Polakami – świadczoną im przez siostry pomoc i odwiedziny w domach i szpitalach oraz spotkania seniorów w Domu Polskim. Jest to wielkie i bardzo ważne dzieło sióstr.

Druga różnica to taka, że parafia nasza nie ma określonych granic, jedynie granice państwa. I z tym wiązały się częste wyjazdy. Odwiedzałem wiele różnych miejsc, do których zapraszali mnie nasi rodacy. Regularnie jeździłem do Tatabánya, 100-tysięcznego miasta na północny zachód od stolicy, w którym mieszka grupka Polaków, i IV dzielnicy Budapesztu. Okazjonalnie jeździłem też do kilku innych miejscowości.

Doszła też jeszcze jedna grupa rodaków w stolicy Serbii – Belgradzie. To jest ponad 400 km od Budapesztu. Byłem tam trzy razy. Niestety, w Serbii nie ma kapłana, który sprawowałby msze św. po polsku. Mam nadzieję, że mój następca będzie tę misję kontynuował.

Wracając jednak do naszej specyfiki, wspomnę jeszcze kolędę. W Polsce wyznacza się ulice i odwiedza kolejne domy. Tu kolęda odbywa się wyłącznie na zaproszenie. Czasami, aby odwiedzić 2-3 rodziny, trzeba jechać 200-300 km i przenocować, jeśli się da. A potem jeszcze dalej do następnego miasta.

Kolejna specyfika i różnica to małżeństwa mieszane, nie tylko polsko-węgierskie ale często również katolicko-protestanckie. Jest to tak naprawdę specyfika tutejszej Polonii.

Jak już wcześniej wspomniałem, dużo też czasu poświęca się tu na kontakty indywidualne z ludźmi. Są to odwiedziny w szpitalu czy odwiedziny w domach, szczególnie u tych najstarszych. Część z nich przychodzi, albo są przywożeni do kościoła, ale część nie. Do tych właśnie trzeba nam, to znaczy księdzu i siostrom, od czasu do czasu dotrzeć.

Było też życie sakramentalne: I Komunia św., spowiedź czy bierzmowanie. W tym roku do I Komunii przystąpiło u nas dziewięcioro dzieci przygotowywanych przez siostry, co – jak na nasze realia – nie jest tak mało.

A jak wyglądała współpraca z Kościołem węgierskim? Na czym polega jego specyfika?

– Kościół węgierski to Kościół mniejszości. Teoretycznie nas katolików jest tu prawie 60 proc. Faktycznie zaś frekwencja w niedzielnych nabożeństwach w Budapeszcie oraz innych miastach jest niewielka – zaledwie około 5 proc. W ciągu tych 8 lat, które tu spędziłem, może nie zobaczyłem jeszcze wiosny tego Kościoła, ale dostrzegam już przedwiośnie, które zaczęło się jakby od dołu, od środka. Zaczęły bowiem powstawać liczne wspólnoty, które wiedzą, czego chcą. Kościół węgierski jest dziś jeszcze liczbowo niewielki, ale ci, którzy do niego należą, są naprawdę mocni w wierze. Są to katolicy z pełną świadomością tego faktu. Bycie katolikiem czy człowiekiem wierzącym w tym kraju wymaga odwagi.

A jak wygląda dialog pomiędzy kościołami chrześcijańskimi na Węgrzech?

– Mieszkałem w X dzielnicy Budapesztu. Dawniej była tam polska kolonia, w której przed I wojną światową żyło prawie 5 tys. naszych rodaków. Nasz kościół położony jest w bardzo ciekawej dzielnicy. Obok nas są kościoły innych wyznań i obrządków: jest np. świątynia kalwińska czy grekokatolicka. Nie stanowi to jednak dla nas problemu. Nasi parafianie, podobnie jak Węgrzy, są do tego przyzwyczajeni, że jedno z nich jest katolikiem, a drugie kalwinem czy luteraninem.

Tamtejsze tygodnie modlitw o jedność chrześcijan, mając na uwadze wielość wyznań chrześcijańskich, są naprawdę autentyczne i głębokie. Ich modlitwy w intencji zjednoczenia chrześcijaństwa odmawiane są z realizmem i pokorą. Oni proszą o jedność w duchu i czasie, jakim zechce sam Pan.

Na Węgrzech na każdym kroku występuje różnorodność – tak w małżeństwie, jak i w społeczeństwie. Tam trzeba się uczyć i słuchać drugiej strony, a nie narzucać swój punkt wiedzenia. Wzajemna tolerancja to naprawdę wielka sztuka życia. Ekumenizm na Węgrzech jest bardzo praktyczny.

A jaki jest stosunek państwa węgierskiego do różnych kościołów i wyznań?

– Parlament węgierski uznał na terenie kraju istnienie 14 Kościołów i związków wyznaniowych. Wyznania te mają prawo oficjalnie działać na terenie republiki. Mają też prawo do pomocy ze strony państwa.

My, Polacy, też z tej pomocy możemy korzystać. Nasz Kościół katolicki jest bowiem w grupie 14 uznanych przez państwo węgierskie wyznań. To samo dotyczy Polaków jako mniejszości narodowej. Państwo węgierskie uznało nas jako mniejszość narodową i umożliwiło tworzenie samorządów mniejszościowych. Ma to swoje plusy i minusy, ale na pewno generuje różne formy działalności polonijnej. Tu Polonia jest bardzo aktywna, bo ma ku temu odpowiednie warunki. Dobrze być Polakiem na Węgrzech. Takie są fakty.

Jaka jest Polonia węgierska? Czy podobna jest do społeczeństwa polskiego w kraju?

– Nasza Polonia, podobnie jak Polonie na całym świecie, jest odbiciem kraju i tego, co się w nim dzieje. Polacy są wielkimi indywidualistami i każdy ma swoje zdanie, którego nie chce łatwo zmienić. Taka jest nasza specyfika narodowa: dwóch Polaków i trzy różne zdania.

Sytuacja w naszej ojczyźnie rzutuje na istniejące podziały na emigracji. Często mówiłem do parafian, że mamy prawo się różnić, bo to może być bogactwo, ale mamy różnić się pięknie. Nigdy nie pytałem wiernych o ich poglądy. W Budapeszcie na polskie nabożeństwo mógł przyjść każdy. Swoje polityczne poglądy ludzie jakby zostawiali na zewnątrz. Do kościoła zaś przychodzili, aby się spotkać z Bogiem, szukać umocnienia również we wspólnocie. Ludzie podawali sobie wzajemnie ręce, a potem szli na wspólną kawę. Moim priorytetem duszpasterskim było łączenie wszystkich, oczywiście na tyle, na ile się dało, mimo istniejących podziałów.

Będę za takimi Węgrami tęsknił, choć zawsze podejmuję z zapałem wszelkie nowe zadania. Na Węgrzech było mi naprawdę dobrze. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi.