Strona główna / Nasze sprawy / Polskie Toronto sprzed lat

GP #25, 3 grudnia 2011 r.

Polskie Toronto sprzed lat

EDWARD DUSZA

Tak się szczęśliwie w moim życiu złożyło, że często musiałem wyjeżdżać do Kanady. Moja siostra, mieszkająca niegdyś na głuchej prowincji w Ontario, posiadała stado kur, dwa psy, króliki, a w zasięgu wzroku – pola kukurydzy i sad, do którego wdarł się podstępnie las. Wiosną, kiedy pola wokół zaczynały się dopiero zielenić, ów przedziwny las tonął w bieli. Kwitły bowiem jabłonie. Kiedy późna wiosna gasiła biel kwitnących drzew, las stawał się z kolei zielony, w różnych odcieniach tego koloru.

Farma składała się ze starego domu i olbrzymiej stodoły, o której można napisać cały poemat. Wydawałoby się, że można spędzać tam spokojnie życie, zapominając o wojnach, porwanych samolotach czy rewolucjach. Rankiem budziły mnie tam zawsze ptaki, ale – o, dziwo! – ten hałas zamiast koić moje rozklekotane nerwy, wywoływał skutek odwrotny. Kiedy zaś patrzyłem przez okno na pustkę ciągnącą się daleko, aż ku granicy nie horyzontu, lecz autostrady, ogarniało mnie wręcz przerażenie. Najchętniej uciekłbym do miasta, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Moja mała siostrzenica Małgosia oprowadzała mnie po swoim gospodarstwie, dumna z królików i kur. „You know króliki?” — pytała, jakby istnienie królików zostało mi objawione dopiero w Kanadzie. Rozmowa z Małgosią odbywała się w dwóch językach: ja mówiłem po polsku, ona odpowiadała po angielsku. Podobnie było z siostrzeńcem.

Mimo uroków tego zakątka, tak podobnego do wsi polskiej, prędziutko uciekałem do Toronto. „To takie większe miasto polskie” — powiedziała moja matka, kiedy je zobaczyła. O Toronto napisali dokładniej Jadwiga i Adam Tomaszewscy, emigracyjni mistrzowie reportażu. Nie będę pisać więc o Toronto, ale o ludziach, którzy tam mieszkali. Bowiem idąc ulicami tej metropolii, wstępowałem tu i tam odwiedzić ciekawych ludzi. A było ich tutaj bardzo wielu.

Polskie Toronto skupiało się wówczas głównie w okolicy Roncesvalles Avenue – ta przynajmniej dzielnica była mi znana. Tu właśnie znajdowała się wytworna restauracja, gdzie za kanadyjskie i amerykańskie dolary można było wrzucić na ruszta polskie pierogi, kapustę z kiełbasą, placki ziemniaczane czy flaczki. Zachodziliśmy tu często z Mistrzem Wacławem Iwaniukiem. O, on lubił nie tyle dobrze zjeść, co dużo! Ja nie byłem gorszy. Pamiętam, że wpakowałem się do maleńkiej polskiej restauracji i zamówiłem kolejno: flaczki, pierogi ruskie, potem znowu z mięsem. „Pan pewnie nie z naszej dzielnicy?” — zapytała ze współczuciem kelnerka. „Nie, przyjechałem z Nowego Jorku” — dodałem, usprawiedliwiając swoją żarłoczność. Wiadomo, że w Nowym Jorku polskiej knajpy wówczas nie było. Była ukraińska, co prawie to samo, ale jednak nie...

W alei Roncesvalles pod numerem 220 znajdowała się redakcja popularnego młodzieżowego magazynu Echo. Założył je przed laty Janek Fedorowicz. Pismo, mimo ponurych przepowiedni, przetrwało lat pięć. Kolejni jego redaktorzy: Janek Fedorowicz, Hania Fedorowicz, Leszek Wawrow i Henryk Żmudka dołożyli wszelkich starań, aby podnieść poziom artykułów i wciągnąć do współpracy młode, urodzone już poza granicami Polski pokolenie. Udało się jednak redaktorom zdobyć czytelników, a nawet pomoc rządu federalnego. Echo dysponowało własnym lokalem. Był jednak okres, może najtrudniejszy dla pisma, kiedy to zburzono dom, w którym mieściła się redakcja. Redaktor przeniósł bibliotekę, archiwum i cały sprzęt redakcyjny do własnego domu. Mimo piętrzących się trudności, nie zawieszono wydawania Echa, przeciwnie, rozszerzono pismo i pozyskano dlań całe rzesze czytelników.

Magazyn ukazywał się regularnie, zyskując coraz więcej prenumeratorów i uznanie, o czym świadczyła ogromna korespondencja z redakcją. Echo było jedynym pismem młodych w Ameryce Północnej. Pamięć zaś o pracy edytorskiej, podjętej przez Janka Fedorowicza na kuchennym stole, przetrwała. A całą pracą położyli „moderniści’’, zauroczeni twórczością Gombrowicza. Zmienili nazwę na Magazine O, pragnęli „unowocześnić” pismo, eliminując akcenty nacjonalistyczno-patriotyczne. No i pismo przestało wychodzić.

W Toronto popularne wówczas były czasopisma: Głos Polski, Gazeta Polska i Związkowiec. Redaktor Głosu Polskiego Zygmunt Rusinek był nie tylko poważany przez starszych, ale wysoko ceniony przez młodzież. Wychodził bowiem jej zawsze naprzeciw, drukując prace młodych Polonusów, a właściwie pisząc je na nowo, jako że z reguły powinny były wylądować w koszu, a nie trafić na szpalty gazety. Niestety, na dłuższą metę nie znalazł następcy, fiaskiem zakończyło się zarządzanie tygodnikiem przez Edwarda Zymana, który będąc nowym emigrantem z kraju, nie rozumiał specyfiki środowiska. Dopiero kiedy redaktorem naczelnym został Wiesław Magiera, rozpoczął się nowy, niezwykle ciekawy rozdział historii tego zasłużonego pisma.

Zarówno Głos Polski, jak i Związkowiec prowadziły księgarnie, w których można było kupić nowości wydawnicze. Zwłaszcza księgarnia Związkowca była doskonale zaopatrzona w książki krajowe i emigracyjne.

Ukazywało się również w Toronto pismo Krzyk. Nie wykazało się takim pionem politycznym, jaki możliwy był do przyjęcia przez czytelników-emigrantów politycznych. Do redakcji Krzyku wpłynęło wiele listów niemal zmuszających redaktora do deklarowania się po tej czy po tamtej stronie. Bowiem Polonia w Kanadzie to nie śpiąca masa. Na odczytach, wieczorach autorskich, koncertach bywały tłumy. W Nowym Jorku zaś w tym samym czasie można było policzyć na palcach ludzi zainteresowanych kulturą.

Zdarzały się w Toronto rzeczy niebywałe. Była po prostu współpraca, organizacje łączyły się we wspólnych akcjach. Na przykład, na wieczorze poetyckim poświęconym twórczości Krzysztofa Kamila Baczyńskiego sala wypełniona była po brzegi, bo imprezę przygotował – współpracując zgodnie – cały zespół poszczególnych instytucji i organizacji polskich: Fundacja im. Adama Mickiewicza, Federacja Kobiet Polskich w Kanadzie, Ogniwo Nr 1, Koło AK w Toronto i zespół młodych, zgrupowany wokół czasopisma Echo. Pamiętam ten wieczór, jako że brałem w nim udział, wygłaszając odczyt o Baczyńskim w języku polskim. Aby wszyscy dokładnie zrozumieli, analogiczną prelekcję po angielsku przygotował Henryk Żmudka. Pewnie po raz pierwszy „i wilk był syty, i owca cała”. Wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego recytowała młodzież ze szkół sobotnich. Słuchacze byli bardzo przejęci widząc swoje pociechy deklamujace po polsku, z zabawnym często akcentem, wiersze młodziutkiego polskiego poety-żołnierza, napisane w najbardziej tragicznym dla Warszawy i Polski okresie.

Nikt nie zapomni też pracy życzliwej całemu światu Marii Bieniasz, która jak nikt rozumiała młodych i wielce im pomogła. W historii Polonii kanadyjskiej pozostanie na stałe.

W pięknym domu SPK przy Beverley Street młodzi Polacy znaleźli wreszcie miejsce spotkań, salę teatralną i kinową. Starsi natomiast miejsce na brydża, bibliotekę i kawiarnię. Nie było podziału na „starych” i „nowych” emigrantów. Polonia w Nowym Jorku nic takiego nie posiadała, jako że biblioteka Instytutu Naukowego była nieprzerwanie w trakcie katalogowania, w Fundacji Kościuszkowskiej natomiast od lat nieczynna i wreszcie przez cwaniaków polonijnych rozproszona. Jedynym dostępnym zbiorem książek była wówczas biblioteka Instytutu Józefa Piłsudskiego, gdzie natychmiast udzielano nie tylko rzeczowych informacji, ale i książek. No, i każdy na każdym wieszał psy.

Fundacja Kościuszkowska w swoim czasie starała się skupić grupę młodzieży. Powstała organizacja „Quo vadis”. Nigdy jednak nie wykazała się czynem. Owszem, odbywały się organizowane przez „Quo vadis” imprezy, ale nie wywoływały jednak większego oddźwięku. Bardziej gromkie natomiast było echo skarg sprzątaczki, która musiała po młodych sprzątać. Kosztowało to wiele wysiłku. Dlaczego inaczej było w Toronto? Może ktoś przeprowadzi odpowiednie badania porównawcze i da w przyszłości odpowiedź, dlaczego te same grupy etniczne w prawie identycznych warunkach zachowywały się tak odmiennie.

W Nowym Jorku tak naprawdę nie było stałego teatru, chociaż mieszkało tu wielu polskich aktorów. Nie chcę tutaj lekceważyć wysiłków Niny Polan i osiągnięć założonego przez nią Polskiego Instytutu Teatralnego oraz dorobku Lidii Pucińskiej i grupy aktorów chicagowskich z Feliksem  Konarskim na czele. W Toronto zaś od lat działała „Arabeska”. Zespół tego teatru stanowiła, co ważne,  młodzież, urodzona przeważnie na emigracji. Tutaj trudno mi nie wspomnieć Daniela Wojdyły, świetnie zapowiadającego się aktora, zmarłego melancholijnie młodo, jak każdy umiłowany przez Stwórcę.

Dlaczego więc w Toronto (czy Chicago) mógł być teatr, a w Nowym Jorku nie? Jakie jest stanowisko młodzieży polskiej w Kanadzie wobec emigracyjnej i polskiej rzeczywistości? Dość jasno sprecyzował je w Echu Henryk Żmudka, reprezentujący nasze pokolenie: „Młody człowiek uważający siebie za Polaka – pis tego, który sercem i duszą związany jest z krajem ojczystym, nie może stać przy więcej niż jednej ideologii, dążącej do wyłonienia się Polski wolnej. Nie tej wyciągniętej z archiwum, nie tej tańczącej w rytm sowieckiej bałałajki, ale tej, która potrafi w dzisiejszym wieku stać się samodzielną i niezależną, z pełną swobodą wolnego działania na arenie międzynarodowej — tak jak robią to kraje, w których panuje zdrowa demokracja, gdzie człowiek czuje się człowiekiem, a nie niewolnikiem”.

Takie poglądy wyrażali wówczas młodzi. Czyli – nie było tak źle. Do zobojętnienia sumień nie doszło. Kolaborantów było niewielu. Przeciwnie, poglądy młodych nie raz denerwowały starych emigrantów, tych zwłaszcza „tu rodzonych”, którzy wygodnie zasiedli w dwóch stołkach czy wreszcie na stare lata uprawiali maratońskie biegi pomiędzy jednym stołkiem a drugim.

A tak naprawdę, patrząc na osiagnięcia Polonii kanadyjskiej, tylko ofiarne, wspaniałe panie z Legionu Młodych Polek w Chicago i z organizacji „Polanki” tak naprawdę coś dla młodych zrobiły, wspierając prasę, podejmując akcje wydawnicze i udzielając stypendiów.

Idąc ulicami Toronto, słysząc wokół język polski, którego nikt tutaj się nie wstydził, myślałem często, dlaczego u nas, w Stanach, było zupełnie inaczej. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nikt z wielkich polonijnych działaczy w Nowym Jorku nie zajął się poważnie młodzieżą, dlaczego nikt nie wyciągnął ręki do tych wszystkich młodych uchodźców, którzy codziennie przybywali do Stanów Zjednoczonych i rozpływali się w morzu obcych spraw, interesów, problemów. Idąc ulicami Toronto, mijając ludzi, którzy nie wstydzili się swego pochodzenia, ogarniała mnie zwykła, gorzka, pospolita zazdrość.