Strona główna / Nasze sprawy / Gdy nie wiadomo, o co chodzi…

GP #25, 1 grudnia 2012 r.

Gdy nie wiadomo, o co chodzi…

MAREK WYSOCKI

Zapewne każdy z Państwa zetknął się z potocznymi poglądami krążącymi wśród naszej grupy społecznej dotyczącymi rzekomych przywar naszego narodu. Określenia: „z Polakami nic się nie da zrobić”, „my, Polacy, jesteśmy narodem kłótliwym”, „jak znajdzie się dwóch Polaków, to są co najmniej trzy opinie”, „nie pomagamy sobie, a raczej jeszcze utrudniamy nawzajem życie”. Można by tak wyliczać do znudzenia, używając coraz to bardziej drastycznych i wulgarnych uogólnień. Najśmieszniejsze (lub – jak kto woli – najtragiczniejsze) w tym jest to, że opinia ta krąży wśród nas samych. Wystarczy zapytać, co o nas myślą inni, chociażby nasi amerykańscy sąsiedzi, i zobaczymy całkiem inny obraz. Dowiemy się, że kojarzą nas z pracowitością, zaradnością, dobrym wychowaniem, gustownym ubiorem, wykształceniem, a nawet bogactwem. Można oczywiście znaleźć jeszcze takich, którzy pamiętają koniec lat sześćdziesiątych i okres „polskich dowcipów”, ale nawet i wówczas straciły one sens w zderzeniu z rzeczywistością.

Dlaczego więc sami o sobie mamy tak zdeformowany osąd? Oczywiście, każda społeczność, w rozumieniu narodowym czy lokalnym, zawiera jakiś procent osób niekoniecznie spełniających „normy”. Polska społeczność nie różni się tu od innych. Jedną zasadniczą różnicą może być fakt tak szybkiej, w znaczeniu historycznym, degeneracji samooceny Polaków. Jeszcze 300 lat temu uważaliśmy się za elitę narodów świata i choć można by zapewne z tym polemizować w kwestii formalnej, nie przeszkadzało to rzeszom Polaków czuć się dumnym z obywatelstwa Rzeczypospolitej.

Historia naszego kraju nasycona jest wieloma nieszczęśliwymi wydarzeniami, w dużej mierze powiązanych wspólnym mianownikiem. Cel polityczny trzech sąsiadów Polski, którzy w 1772 roku postanowili oderwać od Rzeczypospolitej znaczne obszary ziemi wraz z infrastrukturą, majątkiem i paroma milionami obywateli, przesłonił olbrzymie zyski materialne osiągnięte poprzez przejęcie ziem polskich. Plan rozbiorów narodził się na dworach naszych sąsiadów dużo wcześniej. Od lat z zazdrością spoglądali oni na dynamiczny rozwój polskiej gospodarki i silną armię, która ratowała co jakiś czas „świat chrześcijański” przed zakusami heretyckich rycerzy krzyżowych czy armii spod znaku półksiężyca. Polacy, jako jedyni w historii, w 1610 roku, po rozgromieniu pod Kłuszynem kilkakrotnie przeważającej liczebnie armii Rosji i Szwecji, przejęli kontrolę nad Rosją. Było to swego rodzaju ostrzeżeniem dla dworów państw ościennych, które zaczęły prowadzić politykę osłabienia państwa polskiego. Nie powstrzymało to jednak króla Jana Sobieskiego od udzielenia w 1683 roku pomocy Austrii i odparcia Turków osmańskich spod Wiednia. Decyzja ta, choć zgodna z polską zasadą pomocy „braciom chrześcijanom”, okazała się zgubna w skutkach, gdy Austria już niecałe 100 lat później stała się jednym z trzech zaborców, przejmując od Polski prawie 130 tys. kilometrów kwadratowych terytorium i ponad 4 miliony mieszkańców. Turcja natomiast pozostała jedynym z państw świata, które nigdy nie uznało rozbiorów Polski i przy każdej prezentacji ambasadorów i dyplomatów na dworze sułtana ostentacyjnie powtarzano: „Poseł Lechistanu jeszcze nie przybył”.

Jak to się stało, że potęga gospodarcza i militarna, jaką była Rzeczpospolita, zniknęła z mapy świata na prawie 200 lat? Odpowiedź można zawrzeć w jednym słowie: zdrada. Dlaczego? Dla pieniędzy!

W tragicznych dla narodu polskiego wydarzeniach aspekt materialny zawsze odgrywał najważniejszą rolę, często będąc ponad powodami politycznymi czy nawet względami fizycznego przetrwania. Zdrada Targowicy, której następstwem były rozbiory Polski, miała na celu anulowanie postanowień Konstytucji 3 maja. Zawiązana została przez osoby, które wolały stracić niepodległość niż zmniejszyć swoje wpływy i dochody materialne. Wolność odzyskana w 1918 roku, już dwa lata później zagrożona została napaścią Armii Czerwonej. Podczas gdy cały naród stanął do broni, wielu z naszych przywódców uciekło, łącznie z Józefem Piłsudskim, który 12 sierpnia 1920 r. złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza na ręce Wincentego Witosa, jako premiera. Witos dymisji tej nie ujawnił, bojąc się o utratę morale walczących na froncie oddziałów. Po zwycięstwie Piłsudski stał się zwycięzcą wojny, gdy rzeczywisty bohater generał Rozwadowski wraz z innymi dowódcami zginął w niewyjaśnionych okolicznościach po „przewrocie majowym” obalającym demokratycznie wybrany rząd Rzeczypospolitej.

II wojna światowa rozpoczęła się od zdradzieckiego ataku naszych sąsiadów, którzy łamiąc pakty o nieagresji rozdarli Polskę na dwie strefy okupacyjne, dokonując czwartego jej rozbioru. Nasi papierowi „sojusznicy”, pomimo wcześniejszych zapewnień i podpisania wojskowych porozumień, pozostawili Polskę walczącą samotnie i skazaną na porażkę w nierównej walce z dwoma zbrodniczymi reżimami – faszyzmem i stalinizmem. Chociaż Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk, kilka tysięcy Polaków zginęło w walkach o Francję, a po jej upadku broniło Wysp Brytyjskich w powietrznej wojnie o Anglię. Zapłatą za to stały się uzgodnienia z Jałty, oddające Polskę w niewolę Stalina, który bezwzględnie tłumił wszelkie przejawy świadomości narodowej w „kraju przywiślańskim”.

W roku 1981 po raz kolejny Polacy stanęli do nierównej walki z obcym zniewoleniem, tylko po to, by zostać zdradzonym przez „grubą kreskę”, Magdalenkę i „okrągły stół”. Oczywiście, większość z nas dobrze pamięta te wydarzenia, których skutki dla naszego kraju odczuwalne są do dzisiaj. Znów miliony Polaków opuściło Polskę, wyjeżdżając za chlebem lub w wyniku szykan skierowanych przeciwko nim za działalność konspiracyjną. Znów powstała elita, która jak przed zaborami goni za własnym interesem, bogacąc się na oszustwach, nepotyzmie i nieuczciwości. Polski przemysł doprowadzany jest do upadku i wyprzedawany za bezcen w ręce zagranicznych koncernów, złoża gazu łupkowego oddane są do eksploatacji obcym kapitałom, podobnie jak rynek finansowy, a nawet produkcja żywności.

Czy możemy coś zrobić, żeby to zmienić? Zapewne to samo pytanie zadawali sobie nasi rodacy w 1772 roku przed rozbiorami Polski. Dzisiaj, na szczęście, nie musimy jeszcze chwytać z broń czy uciekać się do przemocy. W obecnej dobie patriotyzm wyrażać się powinien zainteresowaniem i czynnym udziałem w działalności organizacji, które integrują nas jako społeczność powiązaną wspólnym interesem. Zwłaszcza jeśli wybraliśmy życie na emigracji. Powinniśmy – wzorem innych grup etnicznych – scalić swoje wysiłki, aby poprawić sobie życie i sytuację materialną. Członkowie diaspory polskiej z poprzednich pokoleń pozostawili po sobie domy narodowe, kościoły i polskie szkoły; my powinniśmy rozbudować te instytucje i zaangażować się we wspólne dzieło odnowy znaczenia politycznego Polaków na świecie.

35 lat temu polski ksiądz Longin Tołczyk rozumiał potrzebę integracji Polaków zamieszkujących wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Stawiając czoła nieprzychylności władz Nowego Jorku i agenturze komunistycznej otwarcie walczącej z jakimkolwiek działaniem patriotycznym, stworzył dwie instytucje, które rozwinęły się w największe na świecie organizacje polonijne. Centrum Polsko-Słowiańskie, zrzeszające dziś ponad 40 tysięcy członków, i Unię Polsko-Słowiańską, zrzeszającą ponad 70 tysięcy członków. Władza w tych organizacjach od lat sprawowana jest, niestety, przez osoby nie dbające o polski interes. W wyborach do rad dyrektorów udział bierze znikoma liczba członków, a osoby zajmujące tam stanowiska pozostają na nich przez 10-15 lat, odrywając się od rzeczywistych problemów i bolączek nowej emigracji. Zainteresowanie działalnością tych organizacji jest wśród Polaków niewielkie, co wynika bezpośrednio z planowego działania zarządów bojących się utraty lukratywnych pozycji i splendoru, jakie im te pozycje dodają.

Oczywiście, nie chodzi tu tylko o zaszczyty. Polsko-Słowiańska Federalna Unia Kredytowa posiada ponad 1,5 miliarda dolarów w aktywach i około 590 milionów ulokowanych, wbrew założeniom statutu tej organizacji, w inwestycje nie mające nic wspólnego z naszą grupą etniczną i nie przynoszące praktycznie dochodu. 2,5 proc. zysku, jaki otrzymujemy w skali rocznej z tych pieniędzy, nie pokrywa nawet oficjalnie ogłoszonej stopy inflacji. Pieniądze te powinny natychmiast zostać w większości przekazane na pożyczki i inwestycje lokalnej społeczności.

Często konflikty pomiędzy Polakami przedstawiane są jako wewnętrze zatargi wypływające z kłótliwego charakteru czy genetycznej wręcz złośliwości. Jeśli jednak spojrzymy na to w kontekście historycznym, obejmującym również teraźniejszość, zrozumiemy, że „gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Wystarczy zainteresować się i aktywnie wziąć udział w historii, która dzieje się teraz. Nie popełnijmy więc błędów poprzednich pokoleń i po prostu nie dajmy się więcej okradać.