Strona główna / Nasze sprawy / Tożsamość polskiej grupy etnicznej w USA...

GP #5, 8 marca 2014 r.

Tożsamość polskiej grupy etnicznej
w USA a realia współczesności

WALDEMAR BINIECKI

Wielu z nas, żyjących i mieszkających w USA, zadaje sobie to ważne dla naszej tożsamości pytanie: kim tutaj jestem i kim będę za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat? Starsze pokolenie przekonuje nas ciągle, że mamy zasymilować się jak najszybciej w amerykańskim tyglu. Musimy myśleć jak Amerykanie, wyglądać jak oni i robić wszystko, co oni robią. Tak robiły poprzednie pokolenia, wtapiając się w nową rzeczywistość.

Polska w wyniku konferencji jałtańskiej stała się ofiarą politycznej umowy, w której została oddana w strefę wpływów sowieckiej Rosji. Dawni Polacy z ery prezydenta Wilsona i wielkiego Paderewskiego zostali zepchnięci na margines historii. Polscy bohaterowie II wojny światowej podejmowali niejednokrotnie podrzędne prace, tak jak gen. Sosabowski. Relacje Polonii z Polską do lat 70. zacierały się, a oficjalna polityka imigracyjna traktowała Polaków coraz gorzej. Z umiłowaniem opowiadano sobie Polish jokes. Zmieniło się to nieco w okresie Solidarności i tuż po wyborze na papieża Karola Wojtyły. Kolejnym grupom emigracji mówiono dalej, „aby tutaj funkcjonować, musisz zapomnieć wszystko, czego nauczyłeś się w Polsce”.

Czasy się jednak zmieniły. Polska po 1989 r. stała się krajem demokratycznym, jej gospodarka ciągle się rozwija. Powoli odbudowuje straconą w wyniku II wojny elitę. Polacy edukują się na całym świecie. Coraz częściej przebijają się na światowe czołówki gazet.

I tutaj pojawia się pytanie o tożsamość polskiej grupy etnicznej. Kim jesteśmy? Czy mamy dalej się asymilować, najczęściej rezygnując z języka i wiedzy na temat polskiej kultury i historii? Czy może czas na akulturację polskiej grupy etnicznej?

Co właściwie oznacza to słowo: „akulturacja”? Najkrócej mówiąc, to poznanie i funkcjonowanie w innej kulturze bez zatracenia własnej, ale żeby nie zatracać własnej kultury, trzeba aktywnie coś dla niej robić. Oglądanie polskiej telewizji może nie wystarczyć.

Co więc powinniśmy robić, aby się nie zatracić w innej kulturze?

Z punktu widzenia polityki społecznej jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji jest budowanie społeczeństwa polonijnego nastawionego na stworzenie modelu polonijnej rodziny aktywnie zaangażowanej w sprawy polskie w USA. Nowymi elementami tego celu byłoby popularyzowanie idei wolontariatu na rzecz tej grupy oraz umiejętności pracy w grupie. Modelem więc byłaby rodzina zaangażowana w sprawy polonijne, aktywnie udzielająca się w konkretnych projektach, odbiegających od „gadżetomanii” i amerykańskiego hedonizmu i pracująca wspólnie z innymi. Nie możemy się już więcej dzielić, jeśli nie zaczniemy razem współpracować – nie przetrwamy. Do zaangażowania w politykę i szerszą działalność namawia m.in. papież Franciszek i wiele innych postaci globalnego świata. Ważne jest określenie celów, umiejętności i kwalifikacji oraz dostrzeżenie naturalnych liderów i umiejętna z nimi praca. Jest to zadanie dla polonijnych organizacji.

Co możemy zrobić już teraz bez pomocy innych?

Polskie nazwiska. Nie rezygnujmy z nich; jeśli przeciętny Amerykanin potrafi wypowiedzieć „Brzeziński”, to znaczy, że przy naszym uporze możemy nauczyć naszych kolegów z pracy, jak naprawdę wymawiać nasze nazwisko i imię. Nie pozwalajmy na przekręcanie i amerykanizowanie naszych nazwisk. To samo, jeżeli chodzi o imiona. Jeśli masz na imię Marcin, to zostań Marcinem, a nie Martinem. Nadawanie imion polskim dzieciom urodzonym tutaj czasami wręcz woła o pomstę do nieba; jeśli mają one wzrastać w świecie dwukulturowym, to zawsze można znaleźć jakiś kompromis. Daniel, Adam, Patryk, Anna i wiele innych to imiona, które funkcjonują w obu kulturach.

Używanie języka polskiego. Nie rezygnujmy z jego używania w domu, wśród znajomych, w sytuacjach towarzyskich. Można przecież prowadzić tak długo rozmowę w naszym języku, dopóki na horyzoncie nie pojawi się Amerykanin. Jeśli nie będziemy bronić naszego języka, to on zaginie. Domagajmy się tłumaczy w sądach, szpitalach i oficjalnych instytucjach, nawet jeśli znamy język angielski. Chodzi tutaj o to, aby pokazać Amerykanom, że Polacy są ciągle obecni w amerykańskim tyglu. Domagajmy się, zwłaszcza od instytucji polonijnych, dwujęzyczności.

Nie rezygnujmy z naszych wspaniałych staropolskich zwyczajów i tradycji. Nie zastępujmy ich politycznie poprawną tandetą. Do zachowania tożsamości niezbędne jest funkcjonowanie w naszej kulturze. Otwieranie drzwi, pozwalanie kobietom przejść przodem czy nawet najbardziej wypierane przez polskie feministki całowanie dłoni stanowi tylko kulturę okazywania szacunku, w jakiej zostaliśmy wychowani.

Obchodźmy imieniny. Nawet sposób spożywania posiłków czy nakrywania do stołu jest lubiany przez Amerykanów, którzy uwielbiają odkrywać etykietę w polskich domach. Zachowanie polskich tradycji jest warunkiem niezbędnym przetrwania w innej kulturze. Organizujmy więc spotkania opłatkowe, przyjęcia karnawałowe i inne. Zapraszajmy naszych amerykańskich przyjaciół do nas, do domu, na kolację, a nie do restauracji. Może się więcej napracujemy, ale satysfakcja jest większa, jeśli do przysłowiowej dobrej herbaty kelner nie dolewa nam wody.

Polskie organizacje w USA

Nie rezygnujmy z używania języka polskiego, jeśli działamy w polonijnych organizacjach. Zebrania muszą być dwujęzyczne. To nie jest żadne usprawiedliwienie, że John jest Amerykaninem polskiego pochodzenia i nie mówi już po polsku. Jeśli chcemy zachować nasz język, to – używając wojskowej terminologii – polskie organizacje są pierwszą linią frontu walki o nasze przetrwanie. Dlatego poświęcam temu wątkowi więcej uwagi. Mam nadzieję, że zdają sobie sprawę z tego aktywiści polskich organizacji w USA. Wystarczy dobra wola i kilka osób, które potrafią tłumaczyć. Eliminacja języka polskiego z życia polonijnych organizacji oznacza tylko jedno –powolną dezintegrację. Spróbuj powiedzieć np. Meksykanom, że na spotkaniach swoich organizacji etnicznych mają mówić tylko po angielsku. Skończyłoby się to raczej smutno dla osoby proponującej coś takiego.

A jak jest u nas? W największej organizacji polonijnej w USA wprowadzono zasadę, że obrady odbywają się tylko po angielsku. Strony internetowe nie mają wyraźnie dwujęzycznego charakteru. W organizacjach pracują osoby, które na ogół nie mówią po polsku i nie interesują się, poza tzw. „cepelią”, sprawami polskimi. Wyjątkiem jest duża fundacja z Nowego Jorku, która zatrudnia głównie Polaków z bardzo dobrym wykształceniem z Polski i ze Stanów Zjednoczonych. Inna organizacja, z Wisconsin, w radzie nadzorczej na 12 dyrektorów posiada tylko 1 osobę urodzoną w Polsce, a zasadą zatrudniania dyrektora polskiego ośrodka jest odrzucanie podań osób urodzonych w Polsce, choć niejednokrotnie posiadają one znacznie lepsze kwalifikacje niż ich amerykańscy koledzy.

Istnieje wręcz przekonanie, że zatrudnieni wcale nie muszą mieć nic wspólnego z polskim pochodzeniem. Od 2000 r. przez tę instytucję przewinęło się ponad 10 dyrektorów, którzy nie pozostawili po sobie żadnego widocznego śladu.

Kto więc ma kreować potrzeby Amerykanów polskiego pochodzenia i Polonii, wdrażać politykę akulturacji, chronić i promować język polski i polską kulturę? Sam mam wątpliwości, bo pozostają nam niewątpliwie nieliczne ośrodki. Pozostają nam zaangażowani w polskie sprawy księża i siostry katolickie, księża narodowo-katoliccy, nieliczni, bardziej świadomi działacze polonijni, polscy dyplomaci i niektóre polonijne media. Ich misja jednak skupia się zasadniczo na relacjonowaniu aktualnych informacji z konkretnego terenu zamieszkania danej grupy. Rzadko które media chcą podejmować wątki polonijne jako całości. Jeżeli się one pojawią, są na ogół akcyjne lub wręcz okazjonalne. Żadnej gazety nie interesuje, co robi Polonia w Teksasie, Kansas, na Florydzie lub w Minesocie. Pojawiają się głównie relacje z najbliższego terenu. Prasa w Chicago pisze o Chicago, a prasa w Nowym Jorku – o Nowym Jorku.

Jak zwykle, brakuje nam zdecydowanych liderów z konkretną wizją, aby taką politykę promować i wdrażać. Chociaż można zauważyć jakieś pozytywne momenty, takie jak akcja budowy domu „Daru Serca” w Chicago i wiele innych. Coraz częściej spotykam ludzi zarażonych bakcylem wolontariatu dla Polonii.

W świetle badań statystycznych tematyka ta nie istnieje; poszukiwanie jakichkolwiek artykułów nie przyniosło żadnych oczekiwanych efektów. Artykuł ten ma charakter popularno-naukowy i odnosi się do przyszłości polskiej grupy etnicznej w USA. Może koledzy z PIAST INSITUTE zajmą się profesjonalnie tą tematyką?

Waldemar Biniecki urodzony w Bydgoszczy w 1962 r. W USA od 2000 r. Od 2010 r. był prezesem KPA w Wisconsin. Obecnie członek założyciel KPA w Kansas. Właściciel Biniecki Consulting, nauczyciel akademicki i działacz polonijny. Liberalny konserwatysta.
email: biniecki@gmail.com