Strona główna / Nasze sprawy / Moje uwagi o Marku Ciesielczyku

GP #6, 21 marca 2015 r.

Moje uwagi o Marku Ciesielczyku

EDWARD DUSZA

Nigdy go nie spotkałem i tak naprawdę nigdy nie chciałbym go spotkać. W latach dziewięćdziesiątych był obibokiem postsolidarnościowym, pełnym zadufania w sobie literackim cwaniaczkiem, dziennikarzyną pisującym kiepskie teksty, a wymagającym zawsze zamieszczenia jego fotografii i pokaźnej noty biograficznej, w której prawdziwość nie wierzyłem. Żądał zawsze podawania tytułu doktorskiego przy swoim nazwisku, co nie jest stosowane w dziennikarstwie. Dla Ciesielczyka było to jednak bardzo ważne.

Dlaczego od pierwszej chwili nie wierzyłem w jego talent czy uczciwość dziennikarską? Głównie dlatego, że nie mogłem pojąć, jak człowiek z przeciętnej małomiasteczkowej rodziny potrafił trafić na studia w Niemczech i to w czasach komuny. Wiadomo, kto wtedy bywał na Sorbonach, Oxfordach czy w London School of Economics. Raził mnie ogromny tupet i hucpa Ciesielczyka, obrażały wręcz jego wymagania wobec Polonii, że akurat takich ludzi jak on powinna finansować. Zdrowo naciągnął i oszukał na grube tysiące dolarów moich przyjaciół, którzy dość nieopatrznie powierzyli mu redagowanie swojego pisma Alternatywa. Sprawa oparła się o sądy. Poszkodowani wygrali.

Niestety, Polonia amerykańska nie potrafiła sprostać wymaganiom Ciesielczyka, nie chciała korzystać z jego usłużnych wypracowań na temat najrozmaitszych bolesnych spraw, po prostu bano się donosicielskiego i awanturniczego charakteru jego „publicystyki”. Stąd nietrudno było mi przekonać mojego kolegę i wydawcę, pana Michała Kuchejdę, do rezygnacji z publikowania wypracowań Ciesielczyka. Poza tym nie wierzyłem w wykształcenie Ciesielczyka, nie udało mi się bowiem uzyskać informacji na temat jego prac naukowych, wykładów na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Nikt tam nie potrafił odnaleźć jego nazwiska.

Podobne opory wobec Ciesielczyka miał również mój kolega redakcyjny, Andrzej Jarmakowski.
Urodzony 21 października 1953 r. w Gdańsku, działalność opozycyjną rozpoczął Jarmakowski będąc na I roku studiów historycznych w 1975 roku, podpisując list protestujący przeciwko zmianom w Konstytucji wprowadzanym przez Edwarda Gierka. Działacz Studenckiego Komitetu Solidarności powstałego w Gdańsku po zamordowaniu Stanisława Pyjasa, od grudnia 1977 współpracował z redakcją powstałego w Gdańsku pisma Bratniak, działacz Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Po strajkach w 1976 roku wraz z gdańskim środowiskiem razem z późniejszym prezydentem Lechem Kaczyńskim uczestniczył w akcji pomocy dla zwolnionych robotników za udział w strajkach czerwca 1976. Współzałożyciel oraz sygnatariusz Deklaracji Ideowej Ruchu Młodej Polski, powstałego w 1979 roku, wielokrotnie w jego domu przeprowadzano rewizje, wielokrotnie zatrzymywany był przez policję na 48 godzin. Uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej w 1989 roku. W Ruchu Młodej Polski zajmował się techniką, czyli organizacją działalności wydawniczej, oraz akcją samokształceniową, prowadził koła samokształceniowe z młodzieżą szkół średnich. W Solidarności w Biurze Krajowym był kierownikiem Działu Zarządów Regionalnych oraz kierownikiem Biura Organizacyjnego I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”, a także wicedyrektorem Biura Krajowego Solidarności. Internowany w stanie wojennym 12 grudnia 1981 roku, osadzony w Strzebielinku w celi między innymi ze swoim zastępcą Henrykiem Jagiełłą oraz Lechem Kaczyńskim.
Po studiach wraz z Arkadiuszem Rybickim (późniejszym posłem PO, który zginął w katastrofie smoleńskiej), autor prac dotyczących historii Kościoła katolickiego w Wolnym Mieście Gdańsku oraz w Gdyni. W 30. rocznicę powstania RMP prezydent Lech Kaczyński odznaczył Andrzeja Jarmakowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Andrzeja znałem od pierwszych dni jego pobytu w Chicago, działał niezwykle ofiarnie, podkreślam – niezwykle ofiarnie – w Pomoście, nie żałował sił i czasu na nasze pomostowe sprawy, był skarbnicą wiedzy na temat Solidarności. Poza tym był z Gdańska, gdzie był znany i szanowany. Dla Pomostu stanowił niezwykle wartościowy nabytek, był skarbem, jak to mówiono – nie do oszacowania. To on i śp. Joasia Budzyńska postawili na nogi kwartalnik, zrobili go pismem żywym i aktualnym. Co prawda, po doskoku do Pomostu Andrzeja Czumy Joanna od nas odeszła, ale zawsze pozostaje w mojej pamięci jako ta zawsze gotowa do wytężonej pracy. Z Jarmakowskim tworzyli niezwykle efektywny team.

Protestowałem, kiedy Ciesielczyk rozpoczął nagonkę na red. Jarmakowskiego. Nie wierzyłem w żadne słowo, które wypowiadał pod jego adresem. Wiem, że kierowała nim patologiczna nienawiść, bowiem Jarmakowski, doskonale rozeznany w pejzażu politycznym Polski, a zwłaszcza w sprawach Solidarności, był ogromną konkurencją dla Ciesielczyka, uzurpującego sobie monopol eksperta w tych dziedzinach.

Ciesielczyk traktował zawsze swoją niby pracę społeczną jako źródło dochodu. Lubił żyć cudzym kosztem, korzystać z kuchni, samochodu, darmowych wakacji. Zobowiązań wobec ludzi nie traktował poważnie, to akurat to „ciemne, polonijne bydło” miało mu zapewnić wysokie standardy życiowe, miało pracować po to, by sponsorować jego luksusowe życie.
Nie udało się. Uważano go za węszącego wszędzie szpicla, za natrętnego faceta gotowego szkalować wszystkich i wszystko dla pieniądza. Na szczęście, dość szybko zorientowano się, co naprawdę reprezentuje. Wiadomości z prasy niemieckiej o jego znęcaniu się nad żoną i o porwaniu dziecka zrobiły swoje. Donosy do urzędu emigracyjnego, m.in. na córkę znanego działacza antykomunistycznego w Chicago, spowodowały, że ogromna część Polonii amerykańskiej odwróciła się od niego. Był coraz bardziej wyizolowany. Tracił grunt pod nogami. Zabrakło lekkich pieniędzy na utracjuszowskie życie i wakacje w tropikach, na różne figle-migle, w których gustował, a za które w jego wieku już trzeba niestety płacić.
Wrócił do Polski. I tam zaczął od nowa tę samą działalność. Założył nawet Instytut Polonii w jakiejś wiosce pod Tarnowem, choć wiadomo, że są już inne, prowadzone fachowo i pod kontrolą. Dostał nawet od Komorowskiego order, on, którego ścigały w Niemczech listy gończe! Ponieważ nie ma obywatelstwa amerykańskiego, musi co roku pojawić się w Stanach. To kosztuje. Ale po co jest Polonia amerykańska? No i zaczął ujawniać agentów. Nie wszystkich, oczywiście, i przeważnie urojonych. Tych z pieniędzmi to on nie poruszył, bo miał wobec nich swoje widoki.

Jedną z jego pierwszych ofiar stał się Andrzej Jarmakowski. Oczywiście, środowisko Pomostu, ci, którzy żyją, zaprotestowali. Odezwał się znawca tego problemu, znany polski historyk, dr hab. Sławomir Cenckiewicz, który dał ostrą, merytoryczną odprawę Ciesielczykowi, odrzucając jego insynuacje wobec red. Jarmakowskiego. Ci, którzy pragnęli poznać prawdę, wysłuchali Cenckiewicza. Małe grono ludzi, żądnych niezdrowych sensacji, dalej wspiera Ciesielczyka. Znalazły się też gazety, które udzieliły poparcia Ciesielczykowi, drukują bez sprawdzenia jego rewelacje na temat własnego dorobku, i dolewają oliwy do ognia. W Nowym Jorku znalazł się wśród tych gazet Nowy Dziennik, pismo, w którym rozpocząłem moje dziennikarstwo pod kierunkiem dr. Tadeusza Siuty, w Chicago – Kurier Chicago, redagowany przez Marka Bobera, naszego dawnego kolegę z pism Chemigraphu. I co, nie uwierzono Cenckiewiczowi – reklamowano nadal oszczercę Ciesielczyka. Dlaczego?

Marek Bober powiedział mi po wystąpieniu Ciesielczyka, że ten miał powiedzieć, iż przeprowadziłem wywiad z konsulem reżimowym w konsulacie, że miałem kontakty i różne takie brednie. Marek, który mnie zna, nie odpowiedział Ciesielczykowi, że to nieprawda – Marek upierał się, że to ja powinienem się z tego wytłumaczyć! A wiedział, że nigdy nie byłem w konsulacie, przez 25 lat od 1968 r. nie byłem w Polsce, nie mogłem nawet tam pojechać na pogrzeb matki, wiedział o moim prawicowym, antykomunistycznym zaangażowaniu w sprawy polskie na emigracji – a jednak nie oponował. No cóż, bywają i tacy przyjaciele. I proszę Państwa z braku kandydatów Andrzej Jarmakowski i Edward Dusza stali się m.in. tematem wystąpień Ciesielczyka. Mój dawny kolega redakcyjny zapowiedział w swoim piśmie, że będzie mowa o dziennikarzach polonijnych pracujących dla reżimu.

Pomyślałem: Wierzewski, Azarjew, Lizakowski. Przyszły mi na myśl jeszcze inne nazwiska.
Byłem w błędzie. Miałem przyjaciół. Zapomniałem o tym. Znalazłem się wraz z Andrzejem Jarmakowskim wśród tych, na których cwaniak z Tarnowa usiłował rzucić podejrzenia o powiązania z reżimowym wywiadem. I nikt z moich chicagowskich przyjaciół nie oponował, żądano od nas tłumaczeń!

Pomijam już fakt, że ciągle jestem członkiem Pisarzy Polskich na Obczyźnie, dziennikarzem, ciągle publikuję i ciągle mam prawo spotykać się z kim chcę, bo to mój zawód. Nie udzielam informacji, ale je zbieram, bo to część mojej pracy. Całe moje życie pracowałem w dziennikarstwie, po red. Janie Krawcu z Dziennika Związkowego jestem seniorem dziennikarzy polonijnych. Nawet w czasie mojej pracy w Fundacji Kościuszkowskiej również pozostawałem w tym zawodzie, będąc stałym kontrybutorem Tygodnia Polskiego, Orła Białego, jak również Gazety Niedzielnej. Publikowałem w pismach polonijnych w całym świecie. Redagowałem dziesiątki publikacji. Współpracowałem z najbardziej znienawidzonym przez reżim, bo niezależnym miesięcznikiem Listy do Polaków. Za tę moją pracę otrzymałem odznaczenia nie od Kwaśniewskiego czy Komorowskiego, ale od prezydentów Edwarda hr. Raczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego.

A wywiad z konsulem polskim rzeczywiście przeprowadziłem z okazji słynnego „otwarcia teczek” w konsulacie. Rozmowę tę prowadziłem z konsulem Hubertem Romanowskim, Panie, świeć nad jego duszą, bo był to człowiek szlachetny i prawy. Rozmowa jednak odbyła się poza budynkiem konsulatu – to gwoli faktom. Jedynym kontaktem zaś Gwiazdy Polarnej, gdzie wówczas pracowałem, była niespodziewana wizyta urzędnika ustępującego zespołu konsularnego w redakcji Gwiazdy Polarnej, która przebiegła w obecności Leszka Zielińskiego, ówczesnego redaktora naczelnego, i mojej, jako dyrektora Wydawnictwa Punkt. O polityce nie było mowy, chłopak ten zresztą wyjeżdżał do kraju. A składał on wizytę nie nam, redaktorom, a wydawcy, Amerykaninowi Grahamowi R Core’owi. To wszystko. Gwiazda Polarna nigdy nie kontaktowała się z ludźmi z władz reżimowych. Kiedy do głosu w gazecie doszli ludzie Piotra Mroczyka, m.in. Andrzej Czuma, Stefan Niesiołowski, Milada Zapolnik, wtedy nas w tygodniku nie było. Jak ogromny cios zadali oni tygodnikowi, wiedzą ludzie, którzy dzisiaj muszą odbudowywać dawny prestiż czasopisma. Dzisiaj gazeta jest znowu wolną – wolną od współpracowników SB. I jak dawniej – niezależna.

Nie wierzę w rewelacje Ciesielczyka na temat wielu osób ze środowiska Polonii w Chicago. Absolutnie zaprzeczam kłamstwom tego fałszerza historii na temat redaktora Andrzeja Jarmakowskiego, ofiarnego społecznika, autentycznego działacza Solidarności, zawsze bezinteresownego i gotowego do niesienia pomocy innym, który, co najważniejsze, nikomu z ręki nie jadł i na patriotyzmie się nie dorabiał, który nigdy nie oszukał innych, dlatego może przeszedł tę samą co my biedę emigracyjną. Choć czasami nasze opinie na różne tematy mogą się nie pokrywać, co przecież jest objawem normalności, to jednak zawsze zdobywamy się na spokojną, rzeczową dyskusję, nie obrażając się wzajemnie.

Jarmakowski ma dodatkowo niezwykle ważną a rzadką zaletę: potrafi zachować spokój, umiar i dystans wobec nurtujących nas problemów. Zdobywa się też często na wysiłek rozwiązania tych problemów, nad którymi już inni dawno położyli krzyżyk. Cechuje go szlachetność, którą mogłem wcześniej dostrzec u postaci z powieści Żeromskiego: szlachetność budowniczych szklanych domów. Niestety, nie widzę podobnych zalet u wielu ludzi sprawujących dziś funkcje kierownicze w redakcjach chicagowskich gazet.

Ciesielczyk jest brutalnym, kłamliwym demagogiem, małym człowieczkiem, zwykłym niszczycielem, który zmiata wszelkie szklane domy wokół siebie, zniesławia ludzi i krzywdzi dzieci. Takiemu człowiekowi nie można podać ręki bez obrażenia samego siebie.

Teraz dojeżdża z Tarnowa, by skłócać i tak już podzieloną Polonię amerykańską. Kto za jego podróże płaci, kto mu wydaje książki, pokrywa diety i rachunki, hotele? Ciekawe, bardzo ciekawe.

Ale doczekamy dnia, kiedy wszystko będzie jasne.