Strona główna / Nasze sprawy / Koniec polonijnej farsy

GP #7, 26 marca2011 r.

Koniec polonijnej farsy

EDWARD DUSZA, JACEK HILGIER

No, i doczekaliśmy się. Żałosna farsa, jaką zafundowano nam w Zakładach Naukowych w Orchard Lake, dobiega końca. W tej polonijnej instytucji, mającej na celu wychowywanie kapłanów dla posługi duszpasterskiej Polonii oraz zabezpieczenie archiwum, księgozbiorów i dzieł sztuki polskiej, przez ponad dziesięciolecie absolutną władzę sprawował Amerykanin irlandzkiego pochodzenia, ks. Timothy Whalen. Funkcję rektora w polonijnym Seminarium śś. Cyryla i Metodego pełnił ksiądz pochodzenia niemieckiego, Charles Kosanke. Obaj panowie nie znali języka polskiego, o polskiej historii i obyczajach nie mieli większego pojęcia, a funkcje powierzone im przez zarząd Orchard Lake traktowali jako lukratywną synekurę. Taki stan rzeczy nie byłby możliwy w żadnej organizacji jakiejkolwiek grupy etnicznej. Polonia amerykańska, pomimo protestów, datujących się już ponad dziesięć lat temu, sytuację tę tolerowała, a ofiarne rzesze Polaków-katolików przesyłały swoje donacje wierząc, że wspomagają rzeczywiście polonijną organizację.

Czy istotnie polonijną? Dzisiaj Orchard Lake Schools nie podkreślają już swego etnicznego charakteru. Martin Vucinaj, urzędnik tam zatrudniony, Amerykanin niepolskiego pochodzenia nie wiedział o tym i wyraził gniewne zdumienie, kiedy polski dziennikarz przypomniał mu o narodowym charakterze jego miejsca pracy.

Sytuacja ta zaistniała w wyniku akcji byłego kanclerza Zakładów Naukowych, ks. infułata Stanisława Milewskiego, Amerykanina w pierwszym pokoleniu. To on wypromował i przeforsował Whalena na swojego następcę. (Sprzeciwiał się temu ostro ks. Zdzisław Peszkowski, uważający tego kandydata za nieudacznika, ale i on w końcu dał się do tego projektu przekonać – relacja ks. Romana Nira i Mariana Owczarskiego.)

Nie chcemy tutaj przypominać o powodach, dla których odchodzący z kanclerskiego urzędu ks. Milewski postąpił tak a nie inaczej, choć stanowiły one podmiot dość groźnych dla każdego duchownego pomówień i plotek. Whalen, statutowo nawet, nigdy nie powinien być kanclerzem – nie znał przecież języka polskiego, pedagogiem czy intelektualistą nie był, bardzo możliwe, że sprawdziłby się jako skromny wikary gdzieś w małej, prowincjonalnej parafii. Dorobku naukowego nie miał żadnego, seminarium, które ukończył, mało znaczy w krajobrazie katolickich uczelni w Stanach Zjednoczonych. I tak właśnie go w Orchard Lake postrzegano.

Ale ks. Stanisław Milewski widział sprawę inaczej. Nawet ostatnio, już po ogłoszeniu głośnego Listu Otwartego do Arcybiskupa Detroit w sprawie skandalicznych zajść w Orchard Lake, groźbach adwokatów i wizytach detektywów w kampusie, „stary kanclerz” promował Whalena w środowisku polonijnym w Chicago. Protesty Polonii amerykańskiej zignorowano.

Skutki tego były opłakane. Whalen nigdy nie podjął prób zabezpieczenia polskich zbiorów – przeciwnie, ograniczał działalność zarówno wieloletniego tam archiwisty, ks. dr. Romana Nira, jak i dyrektora kolekcji dzieł sztuki, pracującego zresztą nieodpłatnie, artysty rzeźbiarza Mariana Owczarskiego. Ten ostatni zmarł, odsunięty brutalnie od swojej ukochanej Galerii.

Whalen usuwał też z Zakładów Naukowych pracowników polskiego pochodzenia. Owszem, było miejsce dla innych narodowości, nawet Macedończyków, zwłaszcza jeżeli reprezentowali pewien typ męskiej urody.

Nikt oficjalnie nie wie, z jakich powodów kanclerz Whalen powołał do życia instytucję zwaną Misją Polską. Powszechnie uważa się, że chodziło o przejęcie wielomilionowego zapisu dr. Wikiery z Michigan, który zastrzegł, że zapis ma być przeznaczony wyłącznie na projekty świeckie, takie jak na przykład budowa biblioteki, sprzęt komputerowy czy wyposażenie bibliotek.

Dyrektorem tej nowo powstałej i nikomu niepotrzebnej placówki uczynił swego ulubieńca, z zamiłowania fotografika, z zawodu sprzedawcę wyrobów tytoniowych, a także pracownika klubu golfowego, ponoć masażystę, Marcina Chumięckiego z Bielska Białej. Darzył go ogromnym zaufaniem, o czym nawet napisał Dziennik Związkowy z Chicago. Podobnie wiarę pokładał w Karen Majewski, która, nie znając języka polskiego i nie mając wiele wspólnego z archiwistyką, kierowała biblioteką i zbiorami rzadkich książek. Zarówno w Gwieździe Polarnej, jak i w naszym Kalendarzu Polonijnym pisaliśmy o ogromnych zniszczeniach, jakie miały miejsce w czasie porządkowania przez nią – bez najmniejszej kontroli – bezcennych polonijnych kolekcji. Stawiano jej również zarzuty, że zawłaszczyła wiele eksponatów z Archiwum. Podczas naszej ostatniej bytności w Orchard Lake informowano nas o tym wielokrotnie.

Dyrektor Misji Polskiej w Orchard Lake, Marcin Chumięcki, na zawsze przejdzie do historii tzw. Polish jokes. Młody człowiek, bez najmniejszego humanistycznego wykształcenia, posługujący się fatalną polszczyzną (do historii głupoty polonijnej przeszło sformułowane przez niego zdanie: „Powiedziałem księdzu Niru...”), mylący Mackiewicza z Mickiewiczem, nie wiedzący, kto to Grzegorz Przemyk, nie rozróżniający drzeworytu od płaskorzeźby, nagle wypromowany został na reprezentanta intelektualistów Polonii amerykańskiej. Wywiady z nim ukazywały się w prasie polonijnej w Detroit, wielu ludzi, zwłaszcza samotne panie w wieku balzakowskim, czułe na męskie wdzięki, dostrzegły w nim wielkiego działacza Polonii. Promowała go nachalnie, jak tylko mogła, Alicja Karlic, z dziennikarstwem zawodowo nie mająca nic wspólnego, ale za to kierowniczka Tygodnika Polskiego w Detroit. Cenzurowała nawet komunikaty polonijnych organizacji, jak na przykład oświadczenie w sprawie Nagrody im. Józefa Mackiewicza, przyznanej ks. Romanowi Nirowi przez Towarzystwo Krzewienia Nadziei. Jej wywiady z Chumięckim były służalczo-żałosne.

Whalen pozwolił Chumięckiemu, niedouczonemu ignorantowi, na wyjazd do Polski celem reprezentacji Zakładów Naukowych i niejako Polonii amerykańskiej. Oczywiście, koszt jego pobytu w Polsce pokryły Zakłady Naukowe.

Ten „dyrektor” Misji Polskiej wydaje się być bezkarnym. Szykanował na terenie Zakładów Naukowych zasłużonych ludzi: ks. Nira i dyr. Owczarskiego, a także innych pracowników, m.in. staruszków pochodzenia polskiego, dorabiających sobie do emerytury sprzątaniem pomieszczeń. Tych ostatnich bezpodstawnie oskarżył, że udzielają informacji dziennikarzom ze Stevens Point, Seattle i Chicago. Marian Owczarski w rozmowach telefonicznych z nami wielokrotnie twierdził, że Chumięcki, wiedząc o trapiących go dolegliwościach, dręczy go celowo, aby je pogorszyć. „On chce mnie po prostu wykończyć!” – mówił dyrektor Galerii. W chwili śmierci Owczarskiego na kampusie wyrażano wielokrotnie i otwarcie opinię, że działanie dyskryminacyjne i szykany Whalena i Chumięckiego przyspieszyły istotnie zgon artysty... Była o tym również przekonana córka zmarłego, z którą byliśmy w kontakcie.

Odeszła również ze szkółki języka polskiego oddana, zasłużona nauczycielka. Zrezygnował z pracy w Seminarium znakomity lingwista, wykształcony we Włoszech kapłan, Grzegorz Tokarski, który mógłby być chlubą Polonijnych Zakładów Naukowych. Odejście tego wybitnego intelektualisty na małą parafię to niepowetowana strata dla Szkół. A przecież tacy ludzie jak on powinni stać na czele Seminarium Polskiego czy piastować urząd kanclerza. Przypadek ks. Tokarskiego jest dowodem na ignorancję ludzi podejmujących decyzje dotyczące szkół, w tym wypadku – jak przypuszczamy – Rady Regentów.

A pan Marcin odbywał wielogodzinne rozmowy z rektorem Whalenem. W kampusie wszyscy zachodzili w głowę, czego dotyczyły te dysputy. Musiały być bardzo ważne, skoro – jak powiedział to nam sam Chumięcki – kanclerz wzywał go na rozmowy często późną nocą, już po godzinach urzędowania. Być może rzeczywiście uczył Marcin Marcina...

Galerii, którą przed ponad rokiem zamknięto celem krótkotrwałej inwentaryzacji – do dzisiaj nie otwarto. Pisał, alarmując o tym Polonię, w swoich ostatnich listach do prasy Marian Owczarski. Whalen i Chumięcki wyprawili ks. Nira ostatecznie do Polski, po zawstydzającym i haniebnym szantażu i upokorzeniach, których ukoronowaniem była akcja sprowadzonych do Zakładów Naukowych detektywów. (Patrz: „Detektywi w Orchard Lake”, Kurier Codzienny, Chicago, nr 103, 29-31 maja 2009, str. 18-19).

Whalen do dzisiaj nie wyjaśnił losów obrazu Marca Chagalla, który przejął od Owczarskiego. Wiemy, że prezentowano zainteresowanym elektroniczną reprodukcję tego obrazu, znajdującą się w Galerii i stanowiącą prywatną własność Mariana Owczarskiego. Jej wartość materialna jest rzędu piętnastu dolarów, ramę bowiem, jak wspominał nam Marian Owczarski, nabył na wyprzedaży garażowej za półtora dolara. Wielu „znawców sztuki” dało się na to nabrać!

W chicagowskim Kurierze (nr 103, 2009) Marek Bober pisał, że Polonia w Detroit i sami polonijni księża w Orchard Lake powinni żądać wyjaśnień i zdobyć się na zdecydowany głos sprzeciwu. W kampusie przebywają przecież nadal ks. Władysław Zięba, ks. Stanisław Milewski, ks. Mirosław Król, ks. Ludwik Madej. Milczenie polonijnych mediów w Detroit jest bardzo znaczące, zaś Orchard Lake, zamiast odpowiedzieć na zarzuty i utrzymywać kontakt ze środowiskiem polonijnym, przez które ciągle jest finansowo wspierane, wybrało dialog z udziałem prawników.

Chumięcki usiłował sugerować, że arcybiskup Detroit, nie sprawdziwszy zarzutów autorów Listu Otwartego i nie domagając się żadnych wyjaśnień, z góry udziela poparcia zarówno jemu, jak i Misji Polskiej. A tak przecież nie było.

Red. Bober miał tutaj oczywiście rację. Honor polonijnych mediów w Michigan uratował red. Jerzy Różalski, dyrektor Najstarszego Polonijnego Radia. Różalski przeprowadził serię obiektywnych wywiadów z prałatem Nirem i Marianem Owczarskim, kontaktował się również i rozmawiał z kanclerzem Whalenem. Natomiast prasa polonijna w Detroit milczała.

Ogromną rolę w nagłaśnianiu kryzysu w Orchard Lake odegrała red. Mirosława Kruszewska. Utrzymywała ona ciągły kontakt z duchownymi w Orchard Lake, posiadała zawsze pewne informacje z pierwszej ręki. Nie zastraszyły jej pogróżki adwokatki działającej w imieniu Whalena i Chumięckiego, najwyraźniej – mówiąc oględnie – wprowadzanej w błąd przez swoich mocodawców, bo zarzucającej Kruszewskiej poruszanie spraw homoseksualnych stosunków Whalena z Chumięckim, o czym ta nigdy nie pisała i to zagadnienie nigdy nie stanowiło podmiotu jej zainteresowań (patrz Internet: Forum Detroit > Co się dzieje > List otwarty do arcybiskupa Detroit). Wspomniana adwokatka domagała się także od redaktorów: Bobera, Duszy, Hilgiera i Kruszewskiej sprostowania podanej przez nich wiadomości, że Whalen nie jest pochodzenia polskiego. Ta słabo zorientowana w personaliach dygnitarzy Orchard Lake osoba chciała zmusić wspomnianych dziennikarzy do poświadczenia swoim autorytetem „polskości” Whalena, co byłoby oczywistym kłamstwem.

Gwiazda Polarna i chicagowski Kurier były pierwszymi pismami, które nie dały się zastraszyć adwokatom i nie uległy demagogii Chumięckiego. O sytuacji w Orchard Lake poinformował swoich czytelników również Kurier Polski of Minnesota oraz Gazeta z Torontu. Dziennik Związkowy zajął dwuznaczne stanowisko, wstrzymując się od wyrażenia własnej opinii. Nowy Dziennik całą tę sprawę, jakże ważną dla Polonii, zupełnie zignorował.

Artykuł Edwarda Duszy i Jacka Hilgiera „Wandalizm w Orchard Lake” i „List Otwarty do Arcybiskupa Detroit” wystosowany przez prezesa Towarzystwa Krzewienia Nadziei, red. Mirosławę Kruszewską, wywołały burze w Internecie. Kruszewska dodatkowo spisała i opublikowała dwa długie wywiady radiowe Jerzego Różalskiego z ks. Romanem Nirem oraz Marianem Owczarskim. Odnalazła też i przypomniała artykuły Wiesława Wyrzykowskiego, publikowane w 2000 r. w Gazecie w Toronto, a dotyczące skandalu z wyborem Timothy Whalena na kanclerza, którego kandydaturę bezmyślnie przeforsował ustępujący kanclerz Milewski. Kurier Codzienny w Chicago zamieścił trzy ogromne wywiady Marka Bobera z Edwardem Duszą o zajściach w Orchard Lake. Na samym Forum Detroit, co można sprawdzić, przeczytało teksty Kruszewskiej około 15 tys. osób. Mimo to, oficjalnie zarząd Zakładów Naukowych nie odpowiedział na postawione mu zarzuty. Prawda, zwolniono Karen Majewski, ale zrobiono to w wielkiej konspiracji. Czy przekazała ona komisyjnie starodruki nowym pracownikom? Co ze sławnymi listami królewskimi, zwłaszcza z zaginionym listem Jana III Sobieskiego, który ostatnio był w rękach archiwisty z Łodzi, p. Pawła Pietrzyka? Dlaczego nie odpowiada, skoro wszyscy uważają, że to on ów nieszczęsny list zawłaszczył? Milczenie Pietrzyka jest niezwykle wymowne. A co z bezcenną kolekcją bursztynów i depozytem porcelany z zamku hr.hr. Bechyne?

Tu musimy jeszcze raz podkreślić niezwykłą rolę w walce o dobro polskich zbiorów w Orchard Lake oraz przyzwoite traktowanie Polaków tamże, jaką odegrała nieustraszona i nieustępliwa publicystka interwencyjna Mirosława Kruszewska. Warto prześledzić jej wypowiedzi, zarówno w prasie, jak i w Internecie. Opublikowała ona także sześcioodcinkowe studium o dewastacji skarbów kultury polskiej nie tylko w Orchard Lake, ale i na świecie. Żaden historyk dziejów Polonii, pisząc o tych zajściach, nie będzie mógł pominąć jej nazwiska. Stała się ona w historii Orchard Lake osobą opatrznościową, zahamowała bowiem postępującą amerykanizację tego ośrodka, jak również niszczenie i rozpraszanie polonijnych zbiorów tam zgromadzonych. Walczyła też niestrudzenie o dobre imię ks. Romana Nira i Mariana Owczarskiego. Co najsmutniejsze, atakowali ją głównie przedstawiciele Polonii detroickiej, i to tchórzliwie, ukrywając się za pseudonimami.

Księża: Whalen i Kasanke odchodzą. Jednemu z nich śniła się absolutna władza kanclerza w polonijnej instytucji, drugi dążył do biskupstwa przez pracę w etnicznym seminarium. Podróżował wszędzie, gdzie tylko mógł być dostrzeżony. Za jego podróże płacili Polonusi, podobnie jak za luksusowe życie duchownych tam zatrudnionych.

Nadchodzi, miejmy nadzieję, czas naprawy. Przypomnimy tutaj nasze prognozy: uważaliśmy, że Orchard Lake przeżyje działalność różnych Whalenów, Majewskich i Chumięckich.

anclerstwo Whalena i destruktywna działalność Chumięckiego jest już dzisiaj brudną plamą w historii Polonijnych Zakładów Naukowych. Być może nowy arcybiskup Detroit pójdzie w ślady kardynała George’a z Chicago i stanie się prawdziwym duchowym opiekunem etników. Wtedy to polskość ocaleje w Orchard Lake.

Odprawienie Whelana i Kasanke z Zakładów Naukowych pozwala nam żywić nadzieję, że to dobry początek. Dzieje się coś pozytywnego, budzi się nowa nadzieja. Deo gratias!