Strona główna / Nasze sprawy / „Wpadłam Grecie w oko”

GP #8, 10 kwietnia 2010 r.

„Wpadłam Grecie w oko”

MACIEK MAJEWSKI

– Greta przychodziła do nas mniej więcej raz na kwartał, czasami częściej – mówi Maria Drzewiecka, pracująca na przełomie lat 50. i 60. w sklepie Cepelii w samym sercu Manhattanu. – To było miejsce, w którym można było spotkać naprawdę sławnych ludzi.

Mało kto wie, że na rogu 57. Ulicy i Piątej Alei mieścił się przez kilka lat nowojorski oddział Cepelii. Ktoś w Ministerstwie Kultury wpadł na pomysł, że warto pokazać polskie wyroby ludowe Ameryce, a raczej Polonii. I w tym sklepie, pod koniec lat 50. ubiegłego wieku, zaczęła pracować Maria Drzwiecka.

– Zawsze interesowałam się sztuką, więc gdy tylko dowiedziałam się o tym, że ma być otwarte takie miejsce, zgłosiłam się do pracy – mówi. – W ogóle nie przejmowałam się tym, że tę placówkę otwierają komuniści. Dla mnie najważniejsza była sztuka, a nie polityka.

W tamtym czasie za taką postawę można było zostać wykluczonym ze środowiska polskiej emigracji. Doświadczył tego znany reportażysta Aleksander Janta-Połczyński, który po wojnie pojechał do Polski, napisał kilka reportaży (wydrukowanych w londyńskich Wiadomościach) i natychmiast został ukarany przez emigrację wojenną za zdradę.

Na szczęście, panią Drzewiecką to ominęło.

– Ale prawdę powiedziawszy, nigdy nie stałam na świeczniku jak Janta-Połczyński – wyjaśnia.

Spotkanie z boską Gretą

Wróćmy jednak do Garbo. Wielką aktorkę, jedną z najwybitniejszych w historii kina, Maria Drzewiecka poznała na przyjęciu u Mrs. Vanderbilt Webb, osoby bardzo bogatej, której ojciec dorobił się majątku w hutnictwie miedzi. Mrs. Vanderbilt Webb, bo tak się do niej wszyscy zwracali, była też wielką miłośniczką sztuki rzeźbiarskiej w metalu szlachetnym. Założyła organizację wspierającą rękodzieło rzeźbiarskie American Craftsmen’s Council. Wydawała też pismo poświęcone wyrobom artystycznym w rzeźbie.

– Gospodyni uprzedziła mnie, abym nie poruszała tematów związanych z jej karierą filmową, bo Garbo tego nie znosi – opowiada Maria Drzewiecka. – Po przedstawieniu mnie, Mrs. Vanderbilt Webb wspomniała, że pochodzę z Polski. Wtedy Garbo nagle się ożywiła. „Czy pani wie, że miałam pojechać do Polski” – powiedziała. Okazało się, że to było przed wojną, gdy ją zaprosiła Alicja Ankarcona, Szwedka, która wyszła za księcia Habsburga z Żywca i tam mieszkała. Garbo odkładała wyjazd, a później wybuchła wojna, Habsburgowie byli internowani w obozie, przeżyli wojnę, ale musieli opuścić ukochany Żywiec i Polskę.

Była panią Walewską

W rzeczywistości Garbo była jednak w Polsce, tyle że wtedy tereny te należały do Rzeszy. W 1936 roku kręciła film „Conquest”, znany też pod tytułem „Pani Walewska”. Garbo grała oczywiście sławną Polkę, która rozkochała w sobie Napoleona (w tej roli wystąpił Charles Boyer). Zdjęcia kręcono w oryginalnej scenerii pałacu w Finckenstein (dziś Kamieniec Suski) w Prusach Wschodnich, gdzie cesarz miał główną kwaterę podczas kampanii moskiewskiej. To właśnie w siedzibie rodu von Finckenstein i Dohna Maria Walewska spotkała cesarza.

– Zaprosiłam ją do sklepu, Garbo zainteresowała się Cepelią, obiecała, że wpadnie. Nie traktowałam tego poważnie, pewnie tak sobie rzuciła, bo chciała być uprzejma – pomyślałam sobie. Jakie było moje zdziwienie, gdy po kilku tygodniach zadzwoniła. Powiedziała, że przyjdzie z przyjaciółką. Na moje pytanie, czy woli przyjść po godzinach, gdy już nikogo nie będzie, aż się obruszyła: „Mary Dee (tak się do mnie zwracała), przecież nie będę marnować twojego czasu!”

Zapłaciła 3,5 dolara

– Przyszła na piechotę z Sutton Place, gdzie miała wielkie mieszkanie. Lubiła spacerować po Manhattanie tak, by nikt jej nie poznał. Na głowie kapelusz, twarz zasłaniały wielkie okulary. Gdybym jej wcześniej nie poznała, nie miałabym pojęcia, że to Garbo – wspomina pani Maria.

– Garbo raczej patrzyła, co mamy. Oprowadzałam ją po sklepie i objaśniałam, z których rejonów Polski pochodzi dana rzecz. Mówiłam też o artystach. Podobały się jej meble Władysława Trojana, zachwyciła się kutymi w żelazie świecznikami Stiffa, oglądała z zaciekawieniem malowane na szkle obrazki Andrzeja Gałka. Ale kupiła jedną bardzo skromną rzecz, rzeźbioną w drewnie Świętą Rodzinę. Pamiętam nawet cenę, zapłaciła 3,5 dolara.
Potem wielokrotnie Maria Drzewiecka widziała się z Garbo z okazji jej wizyt w sklepie, albo spotkań u Vanderbilt Webb. Obie panie bardzo się polubiły.

– Na mnie robiła wrażenie osoby samotnej i chyba w jakiś sposób nieszczęśliwej, może depresyjnej. Miałam wrażenie, że wpadłam jej w oko, jak to się mówi kolokwialnie. Czasami zastanawiałam się, czy nie przychodzi do Cepelii tylko po to, by ze mną się spotkać i porozmawiać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że miała głośne romanse z kobietami. Ja zresztą nie byłam zainteresowana tymi sprawami, byłam szczęśliwą mężatką i matką – wyjaśnia ze śmiechem pani Maria.

Sławni i bardzo sławni

Kto jeszcze był klientem nowojorskiej Cepelii? Czasami wpadał Paul Newman, raz zjawiła się Sophia Loren, stosunkowo często przychodziła Barbara Bel Geddes, znana później z tytułowej roli w serialu „Dallas”.

Częstym gościem był kolekcjoner sztuki Bolesław Mastal. To była ciekawa postać. Jego ojciec był właścicielem galerii sztuki w najlepszej dzielnicy Berlina. Pewnego razu, gdy był w teatrze, ktoś ostrzegł go przed akcją bojówki faszystowskiej. Mastal, tak jak stał, nie czekając do końca przedstawienia, wsiadł so samochodu i kazał kierowcy jechać do Szwajcarii. Potem udało mu się ściągnąć żonę i syna.

Obowiązkowo, jak tylko był w Nowym Jorku, odwiedzał Cepelię sławny Witold Małcużyński.
– On był wspaniały, bezpośredni, z wielką klasą. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłam – mówi pani Maria. To właśnie jemu poskarżyła się, że coraz trudniej współpracuje się jej z przysłanymi z Warszawy nowymi dyrektorami placówki. Byli to ludzie mocno usadowieni wśród władzy komunistycznej. – Wiadomo, że przecież centrala wysyłała ludzi sprawdzonych, niejako w nagrodę – stwierdza oczywisty fakt pani Drzewiecka.

– Witek machnął ręką i poradził, żeby robić swoje. „Nie przejmuj się, Mary, oni przychodzą i odchodzą, a Ty trwasz” – powiedział.

Jednak przy ostatnim dyrektorze, aparatczyku o wąskich horyzontach myślowych, miarka się przebrała. Pani Maria złożyła wypowiedzenie.

– Przynajmniej wtedy skończyły się wizyty FBI w moim domu – śmieje się.
A po co przyjeżdżali? – Jak to po co? Za każdym razem pytali, co robią ci komuniści w moim sklepie.