Strona główna / Nasze sprawy / Zdrady narodowe

GP #8, 7 kwietnia 2012 r.

Zdrady narodowe

EDWARD DUSZA

Strach, bezrobocie, korupcja, wyprzedaż za bezcen narodowego majątku, głodne dzieci, emeryci walczący z narastającym ubóstwem, tępienie polskiego słowa, ośmieszanie cywilizacji chrześcijańskiej, jaskrawe dowody na powrót dawnego zamordyzmu, niby-samobójstwa, pobicia, niewyjaśnione zgony, splugawione, służalcze sądownictwo, niszczenie instytucji rodziny, promocja zboczeń seksualnych, ujemny przyrost naturalny (na trzy zgony rodzi się jedno dziecko!), zawieranie haniebnych, służalczych traktatów, zaprzepaszczenie najbardziej żywotnych interesów narodowych – oto obraz naszego kraju początku XXI w. „Polska to nienormalność” – głosi przywódca współczesnych Quislingów, którzy za wszelką cenę usiłują całkowicie zawładnąć Polską. Już dzisiaj etatowy błazen tych „rodaków-przebierańców” twierdzi, że Polacy będą się musieli wyrzec swojej polskości...

Polski już nie ma – powiedział mi przybyły z Warszawy znany działacz niepodległościowy. – Sądownictwo? Prawo? Kara za zbrodnie? Nie. Wyroki zapadają gdzieś indziej, nie na salach sądowych, a w cichych, po dawnemu luksusowych i przytulnych gabinetach. Uczciwe dziennikarstwo? Wolność słowa? Wszyscy wiemy, jak to wygląda. Coraz mniej w środkach masowego przekazu sympatyków innych niż Platforma ugrupowań politycznych. Niedługo ci, co nie z Platformą i Tuskiem, trafią do więzienia, stracą życie w dziwnych, niewyjaśnionych okolicznościach. Weźmie się za twarz te kilka ciągle jeszcze stawiających się stacji telewizyjnych, radiowych, wierzgające pisma. Wszystko jest na najlepszej ku temu drodze.

Przypomnę tylko „dziwny” los Filipa Adwenta, autora publikacji Dlaczego Unia Europejska jest zgubą dla Polski (Wydawnictwo Antyk, 2003). Za treść tej książki, za odwagę przedstawienia prawdy F. Adwent poniósł śmierć, wraz z kilkoma członkami swojej rodziny. Ludzie niepoprawni politycznie nagle popełniają samobójstwa czy dostają ataków serca, jak na przykład Michał Tadeusz Falzmann, zatrudniony w Najwyższej Izbie Kontroli, inspektor tamże, który wykrył nieprawidłowości w Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego i doprowadził do ich ujawnienia. Opublikował on pracę pt. Kradzież systemu w systemie – W sprawie bezprawnych transferów pieniądza z Polski do zachodniej Europy. Po jego nagłej śmierci nastąpiła cała seria zgonów; zginął w wypadku samochodowym jego szef, prof. Walerian Pańko wraz z Januszem Zaporowskim, dyrektorem Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu. Po kilku miesiącach zmarł kierowca Pańki, ocalały z wypadku, a także policjanci, świadkowie zajść.

Nie wyjaśniono dotąd zgonów: Andrzeja Wylotka, wydawcy patriotycznego pisma Żywioł, 24-letniego dziennikarza śledczego z Poznania - Jarosława Ziętary czy Andrzeja Krzeptowskiego, rzecznika prasowego Solidarności w Ursusie i wielu, wielu innych.

Jak za najgorszych czasów terroru stalinowskiego nagle znikają na zawsze ci, którzy nie idą ręka w rękę z obecnymi rządcami folwarku postpeerelowskiego. A usłużne media wmawiają społeczeństwu, że to zwykły zbieg okoliczności.

Giną w wypadku lotniczym prezydent Polski i grono najwyżej postawionych w hierarchii państwowej ludzi. I nic. Tych, którzy dążą do wyjaśnienia okoliczności tej tragicznej katastrofy, piętnuje się i wyszydza. A przecież wszyscy tak naprawdę przekonani są, iż została popełniona makabryczna zbrodnia i że Polacy mają w niej swój udział. I choć przejdą oni do historii z czołami skalanymi piętnem Kaina, to jednak dzisiaj nic im nie grozi ze strony wymiaru sprawiedliwości. Są bezkarni. Bo taka jest Polska Tuska i Komorowskiego.

Ponad tym krajem, który jest dzisiaj łatwym kąskiem dla międzynarodowego kapitału dzięki sprzedajności polskich ugrupowań politycznych, a który mógłby być wolny i bogaty, uścisną sobie wkrótce w braterskim sojuszu dłonie jego odwieczni wrogowie. Nasi rodzimi przebierańcy, dla których pojęcia „naród”, „religia”, „patriotyzm” to rekwizyty lamusa, ten uścisk dłoni przywitają brawami. Ci zaś, którzy jeszcze czują się Polakami, ruszą na emigrację, która od kilku już wieków jest naszym stałym udziałem.

Na naszych rodakach jawnie dokonuje się ludobójstwa, które – pod etykietką „prywatyzacji” – jest w swojej istocie taką samą zbrodnią co i wyniszczenie w obozach koncentracyjnych. W przebogatej Polsce podczas pseudopolskich rządów od 1989 do 2005 roku odebrało sobie życie dziesiątki tysięcy ludzi z powodu pozbawienia ich podstawowych środków do życia. I jak nazwać wyrzucenie z domów ponad 300 tysięcy Polaków? Setki tysięcy bezdomnych – czy to nie jest inna forma planowej eksterminacji narodu? Najważniejszy już czas nazwać zbrodnie po imieniu i pociągnąć do odpowiedzialności winnych tych zbrodni.

Bo Polski tak naprawdę już nie ma. Zupełnie jawnie została rozkradziona. Jeszcze tylko czekają z nadzieją przywódcy żydowskich organizacji światowych, aby wyrwać ogromne spadki po Polakach wyznania mojżeszowego, ofiarach niemieckiego ludobójstwa. Temu przedziwnemu postholokaustowemu geszeftowi patronuje Ameryka, szanująca demokrację i prawo do samostanowienia wszystkich, nie tylko demokratycznych, rządów. No i Tusk już ponoć – na razie po cichu – płaci.

Jakże dramatycznie i na nasze nieszczęście – prawdziwie prezentuje się oświadczenie Cywilnego Klubu Akademickiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu o niebezpiecznym wzroście autorytaryzmu w Polsce, podpisane przez 247 wybitnych uczonych. Przerażający jest fakt, że u nas, na emigracji, lekceważy się te głosy z kraju, a nawet wyszydza. Nie jest to, oczywiście, zjawisko nowe, ale po raz pierwszy tak powszechne. Kiedyś działaczy niepodległościowych nazywano „oszołomami z czarnym podniebieniem” (a prym tu wiódł osławiony w Chicago tygodnik Alfa), dzisiaj zwani jesteśmy „fanatykami religijnymi”, „przedszkolakami ks. Rydzyka” i „moherowymi beretami”. Piętnuje się nawet nasze zainteresowania Polską i próby brania udziału w jej życiu kulturalno-politycznym, które zresztą, jak za czasów komuny, sprowadzają się do wsparcia finansowego twórców i akcji charytatywnych. Kwestionuje się słuszność naszych uprawnień wyborczych i jakichkolwiek prób wpływania na życie naszej ojczyzny.

W chwili, kiedy w Polsce dzieją się rzeczy, które z demokracją nie mają nic wspólnego, w sytuacji, kiedy usiłuje się niszczyć oponentów i tłamsić wolność słowa, ogromną rolę do odegrania mają instytucje polonijne, a przede wszystkim Kongres Polonii Amerykańskiej. I tutaj musimy odnotować posunięcia przywódców polonijnych, które – bez przesady i dramatyzowania – możemy określić mianem zdrady narodowej.

Kongres Polonii Amerykańskiej już w chwili swego powstania gwarantował prezesom Związku Narodowego Polskiego przywództwo. Nikt inny, tylko prezes ZNP mógł piastować funkcje kierownicze i być niekwestionowanym decydentem w organizacji. Tak było w okresie prezesury Karola Rozmarka, Alojzego Mazewskiego, Edwarda Moskala, tak jest obecnie za „dobrotliwego panowania” Franciszka Spuli. A pamiętać musimy, że funkcje kierownicze w ZNP i KPA są praktycznie dożywotnie, jak zazwyczaj ma to miejsce w wypadku intratnych synekur. Nikt tam na serio „pana prezesa” nie sprawdza, bez względu na jego wykształcenie, wiedzę czy doświadczenia przywódcze. Przecież tak naprawdę obecny prezes nic nadzwyczajnego sobą nie reprezentuje, ot, był szeregowym członkiem ZNP, słabo zna język polski, a obawiam się, że jego wiedza dotycząca dziejów naszego kraju jest niewielka. Należy tutaj pamiętać, że istnieje pewna subtelna różnica w sformułowaniu: „kraj naszego pochodzenia” a terminem „nasz kraj”, „nasza ojczyzna”. Ta właśnie nic nie znacząca niby różnica ma wielki wpływ na stosunki w ZNP, no i w KPA.

W chwili, kiedy Polska znajduje się na kolejnym groźnym zakręcie dziejowym, Frank Spula oświadcza, że Polska jest krajem demokratycznym, wolnym, i Kongres Polonii Amerykańskiej zachowuje bezstronność w sprawie katastrofy lotniczej w Smoleńsku i dyskryminacji mediów, m.in. fundacji Lux Veritatis o prawo do nadawania cyfrowego w Polsce (koncesja TV Trwam). „KPA nie chce się wtrącać w politykę polską ani popierać żadnej z partii i ich agendy”. Polska, według Spuli, sama powinna rozwiązywać swoje problemy…

Nic dodać, nic ująć. Spula nieporadnie zresztą usiłuje być „politycznie poprawny”, nie chce narazić się obecnym namiestnikom w Warszawie, którzy przynajmniej udają, w przeciwieństwie do większości członków KPA, że go traktują poważnie, obdarzą uśmiechem czy uściskiem dłoni, co można utrwalić na historycznej fotografii. Obecny przywódca KPA nie potrafi zrozumieć istotnych problemów, jakie nękają naszych rodaków, a co gorsze, nie uważa nawet za słuszne podejmowanie jakichkolwiek akcji pomocy narodowi, bo przecież to może mieć wpływ na stosunek ekipy rządowej Tuska do Polonii.

Spula nigdy nie był postrzegany przez działaczy niepodległościowych jako sojusznik w walce Polski o prawdziwą niepodległość. Zawiódł na całej linii, kiedy należało ustosunkować się do lustracji Polonii, nie zajął stanowiska w sprawie Wojciecha Wierzewskiego czy Andrzeja Azarjewa, niewygodne dla siebie problemy dyplomatycznie omijał. Tą drogą nie osiągnie się jakiegokolwiek celu.

Nie jest to może wyłącznie jego wina; funkcję prezesa KPA przyjął z dobrodziejstwem inwentarza, zostając najwyższym decydentem Związku Narodowego Polskiego, synekury lukratywnej i, jak z praktyki wiemy, dożywotniej, a nie wymagającej udowodnienia profesjonalizmu czy szczególnych zdolności. I słusznie zauważa Andrzej Burghardt, że „wszystkie odcienie sytuacji politycznej w Polsce nie są dostępne tej części Polonii, która językiem polskim nie włada, przynajmniej w stopniu pozwalającym na chłonięcie informacji bezpośrednio z Polski, zwłaszcza z niezależnych źródeł i z Internetu. Oni wolą iść po linii najmniejszego oporu i zaakceptować obraz Polski malowany w mediach głównego nurtu, nie przyjmując do wiadomości i nawet istnienia dezinformacji”. To właśnie, plus wypowiedzi dziennikarzy w rodzaju p. Kałuży, powoduje takie a nie inne stanowisko mniej wyrobionych politycznie członków KPA. Kiedyś znakomicie wykorzystywały to zjawisko propaganda i służby specjalne PRL.

Oczywiście, nie przez przypadek niektóre odłamy lewicy już go wsparły.

W Nowym Dzienniku, w którym rządy na początku lat siedemdziesiątych przejęli emigranci roku 1968 i byli marksiści czy dziennikarze sportowi z PRL, z polityczną emigracją żołnierską zazwyczaj nie identyfikowani, ukazał się artykuł Małgorzaty Kałuży, autorki cennego przewodnika po nowojorskich barach, która, nie wiadomo dlaczego, postanowiła wyznaczyć teraz nową rolę Kongresowi Polonii Amerykańskiej i sformułować dlań nowe zadania, oczywiście nie pytając członków tejże organizacji o zdanie. Gdyby nie sprawa rysującego się rozłamu KPA po ostatnim wystąpieniu Spuli na temat „bezstronności” w sprawie katastrofy lotniczej w Smoleńsku i koncesji dla TV Trwam oraz neutralności wobec problemów polskich, można by to wystąpienie p. Kałuży skwitować wzruszeniem ramion, bo przecież tak wcześniej postąpiono wobec osobistych wynurzeń o istotnych powodach jej wyjazdu do Stanów Zjednoczonych: pragnieniu „ujrzenia żółtych taksówek w NYC i autoportretu van Gogha z obciętym uchem” (Nowy Dziennik, 29 lutego 2012 r.).

Jakie to nowe zadania ustala dla KPA Małgorzata Kałuża?

„Dzisiaj KPA ma dbać przede wszystkim o dobro nas, imigrantów z Polski. Ma nas promować, stawać w naszej obronie, ma być lobbystą naszych interesów, utrzymywać jak najlepsze kontakty z przedstawicielami władz amerykańskich. Ponieważ Polska jest krajem demokratycznym, Kongres Polonii nie powinien mieszać się do polityki i utrzymywać ze wszystkimi dobre kontakty. Bo Kongres jest dzisiaj mostem pomiędzy naszymi dwiema ojczyznami”.

No i, oczywiście, p. Kałuża popiera całkowicie stanowisko Franka Spuli, zachowujące bezstronność w sprawie katastrofy lotniczej w Smoleńsku i koncesji dla TV Trwam.

Mamy na emigracji zwolenniczkę poprawności politycznej, takiej samej, jaka panowała w dawnym miejscu pracy p. Kałuży – w Radiu Wolna Europa za czasów osławionego oportunisty i współpracownika służb specjalnych Piotra Mroczyka. Czy również tam wykazywała się nasza opiniodawczyni podobną jak dzisiaj niezależnością? Jakże naiwna jest wypowiedź, a obrażająca nas wszystkich – nas, emigrantów politycznych i lojalnych obywateli Stanów Zjednoczonych – że „czasy walki o suwerenną Polskę należą już do przeszłości”. Bzdura, za prezentowanie której w kraju Kałuża zostałaby wygwizdana. Następną, już totalną bzdurą jest stwierdzenie, iż my, mieszkający od lat poza granicami kraju, nie znamy nowej Polski. „(…) Trzeba sobie powiedzieć wprost, że łączy nas z ojczyzną jedynie język i tradycja”.

Nie wiem, dlaczego Kałuża powtarza stare, wyświechtane stwierdzenia komunistycznych agitatorów spod znaku Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną, już dawno wyśmiane przez emigrantów politycznych, a zanegowane przez historyków. Tak bowiem przemawiali do Polonii propagandziści z PRL, Hieronim Kubiak na przykład, szwendając się po amerykańskich uniwersytetach z odczytami dzięki szczodrobliwości Fundacji Kościuszkowskiej. I jedynie na Uniwersytecie Wisconsin-Stevens Point Polacy zdobyli się na odwagę, aby powiedzieć mu, że jest politrukiem, kłamcą i zdrajcą własnego narodu. Uparcie, choć bezskutecznie usiłowano nam wmówić przez cały okres trwania PRL to samo, do czego chce nas nakłonić dzisiaj Kałuża: zmiany naszego stosunku do kraju. Tego samego chciała wcześniej wieszczka stalinizmu, towarzyszka Szymborska Wisława, która nawet napisała na ten temat usłużny, poprawny politycznie, choć mocno grafomański wiersz. Wiersz o kwitnieniu i owocowaniu. Wiersz na pewno nie tak bardzo wstrząsający jak ten poświęcony osieroconemu kotu, ale na pewno nie mniej ważny ideologicznie. Podobnie jak komunistom wcześniej, tak ich następcom dzisiaj, Tuskom i innym przebierańcom, aktywna, silna i dobrze zorientowana w sytuacji w kraju Polonia mogłaby stanowić poważne zagrożenie, zwłaszcza gdyby miała jeszcze jakiekolwiek wpływy w Waszyngtonie.

Głupotą czy dziennikarską nieuczciwością jest postawienie twierdzenia, że nasza misja jest zakończona. Owszem, pani Kałuży marzy się silny Kongres, zwłaszcza posiadający eleganckie siedziby, może na Manhattanie. Polska nie potrzebuje – według niej – naszej pomocy. My natomiast – jak twierdzi – musimy zastanowić się, jak utrzymać nasz prestiż w USA. A utrzymamy go pewnie, jeżeli zatrudnimy p. Małgorzatę w super eleganckim biurowcu gdzieś pomiędzy 65 a 72 East, tuż obok Central Parku, zawiesimy na ścianie jej gabinetu reprodukcję autoportretu okaleczonego Vincenta. Będzie mogła spokojnie obserwować z okien swego gabinetu ruch żółtych taksówek, bo przecież akurat wszystko to jest dla niej głównym powodem „ideologicznego wychodźstwa”.

A my wykonamy nowe zadania i odegramy wytyczoną nam rolę: podniesiemy nasz prestiż w USA, a przynajmniej prestiż niektórych z nas, którym zatrzaśnięto przed nosem kasy Radia Wolna Europa czy Głosu Ameryki.

Małgorzata Kałuża miała okazję zapoznania się z opinią Andrzeja Burghardta, jakże odmienną, ale obrazującą rzeczywisty stan naszego kraju: „Polska wolna już nie jest i nie będzie w przewidywalnej przyszłości: mocą demokratycznej decyzji Polaków, wyrażonej w referendum w 2003 roku, wcielona została do Unii Europejskiej i za tę decyzję Polacy dopiero zaczynają płacić. Sposób, w jaki udało się propagandzie »postępowej« otumanić 70 proc. Polaków, aby wyrzekli się suwerenności państwowej w 2003 r., rzuca światło również na wyniki kolejnych wyborów do Sejmu. (…) Żyjemy w świecie pełnym kłamstwa i dezinformacji”.

Kałuża twierdzi, że „nasza misja jest zakończona. Czas zejść z polskiej sceny”. Niech Pani odejdzie jak najszybciej, proszę mi wierzyć, nikt nie potraktuje Pani dezercji na serio, ba, nikt jej tak naprawdę nie zauważy. Wbrew temu, co Pani twierdzi, Polska potrzebuje naszej pomocy. A my z kolei nasz obowiązek wobec ojczyzny traktujemy na serio i nie zamierzamy zmieniać naszych stanowisk i zapatrywań politycznych za możliwość ciepłej posadki w folwarkach Tusków czy biurach apolitycznego Kongresu Polonii Amerykańskiej.