Strona główna / Moim zdaniem / Afryka wrze!

GP #10, 4 maja 2013 r.

Afryka wrze!

MAREK JAN CHODAKIEWICZ

W naszym seminarium o „zapobieganiu ludobójstwu” stałym punktem odniesienia jest Afryka. Ciągle się tam coś dzieje. Po prostu na Czarnym Lądzie historia wybucha z niesamowitą gwałtownością poprzez zderzenie opóźnienia cywilizacyjnego z gorączką modernizacyjną Wioski plemienne z najnowszą technologią stanowią mieszankę wybuchową. Statyczne prymitywne społeczeństwo dżunglowe nie jest w stanie mentalnościowo poradzić sobie z dynamiczną kulturą miejską, gdzie mieszają się elementy nowoczesności i prymitywu. Co więcej, dzięki możliwości podróży i błyskawicznemu przekazywaniu wiadomości, w tym obrazów, wśród ludzi wyostrzył się apetyt i pożądanie wzrosło. Większość nie jest usatysfakcjonowana zastaną sytuacją. Żąda więcej. Sięga po gwiazdy. Po drodze się spala. Ludzie wiedzą, że jeden z synów plemienia Lua jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale jego przyrodni brat siedzi sobie w glinianej chatce i jest menelem. Rozbuchana wyobraźnia rodzi wielkie marzenia, ale również doprowadza do megazbrodni. Na tak zdestabilizowany świat spadają ideologie. Najpierw zachodnie: nacjonalizm i marksizm. A teraz islamizm, który jest mariażem zachodniej formy z muzułmańską esencją, dążącym do stworzenia systemu totalnego, nowoczesnej teokracji.

Afryka, jak reszta Trzeciego Świata, modernizowała się na modłę zachodnią jako „państwa narodowe” ze wszystkimi instytucjami rozpoznawalnymi w krajach europejskich i północnoamerykańskich. Tamtejsza elita przyjęła wszystko, co świadczyło o wyższej cywilizacji – od parlamentu do garniturów. W tym i edukację, odrzucając jak najwięcej z własnej spuścizny, która albo powodowała zupełny zastój, albo powoli człapała wytartym korytem, ewolucyjnie osiągając formy być może nawet podobne do zachodnich, szczególnie jeśli dane murzyńskie kraje doświadczyły dobrodziejstwa chrześcijaństwa i wytrwałej ewangelizacji.

Elity afrykańskie odrzucały zastój, nie podobała im się też ewolucyjna forma zmian. Chciały rewolucji. Oderwały się od korzeni i wyalienowały od ludu. Ale jednocześnie czuły się też wyalienowane od Europejczyków i Amerykanów, którzy w okresie kolonialnym i postkolonialnym uczyli ich systemu zachodniego. Elity wierzyły, że biali nie traktują ich równo. A jednocześnie odczuwały pogardę w stosunku do swego własnego ludu (czy raczej wielu ludów), który był zapóźniony cywilizacyjnie, prymitywny. Z drugiej strony i lud nimi gardził jako zaprzańcami, którzy odrzucili własną tradycję. Świetnie ten proces opisuje choćby Ada Bozeman.

W imię szczytnych ideałów – często z amerykańską oficjalną pomocą, jak również przyzwoleniem byłych państw kolonialnych – elity afrykańskie dekolonizowały kontynent pod batutą komunistów sowieckich i chińskich. W wielu wypadkach marksistowskie i nacjonalistyczne pomysły oznaczały piekło na ziemi; w większości wypadków na nowo niepodległe państwa spadła plaga kleptokracji, wyzysku i przemocy, które przybierały nieraz groteskowe i patologiczne wymiary. Opisał to wszystko doskonale Martin Meredith.

Mój tekst, rzecz jasna, nie pretenduje do wyczerpania tematu – sygnalizuję zaledwie kilka ogólnoafrykańskich zjawisk, charakteryzując krótko sytuację w pewnych punktach zapalnych. Opieram się na notatkach z seminarium, jak również z wydawanej przez siebie cotygodniowej prasówki „Eurasia, etc.”.

Afryka wrze. Komuna się sprywatyzowała i trzyma się krzepko u władzy – głównie na południu, choćby w Angoli czy Mozambiku oraz w Zimbabwe. Przetransformowała się w Republice Południowej Afryki. Położone na północ od równika kraje zachodniego wybrzeża kontynentu powoli podnoszą się z gruzów „wojen diamentowych” ostatniej dekady XX wieku. Coraz częściej słyszy się, że te słabiutkie państwa stają się teraz odskoczniami dla narcotraficantes z Ameryki Łacińskiej. To przystanek dla prochów przeznaczonych dla Unii Europejskiej. Władze dostają w łapę, kokaina przepływa spokojnie. Wszędzie ładują się Chiny, którym wszystko jedno, jaki jest system i czy przestrzega się „praw człowieka”.

Chińczycy mają w nosie wprowadzanie ewangelii hominformu. Liczy się tylko możliwość eksploatacji bogactw mineralnych. Naturalnie dochodzi do spięć. Chińczycy traktują tubylców brutalnie, czasami bestialsko. Ci się odgryzają – w Zambii na przykład doszło do poważnych zamieszek na tym tle. Obecny prezydent kraju wykrzykiwał publicznie: „Brytyjscy kolonialiści, wracajcie! Wy przynajmniej daliście nam chrześcijaństwo i wolny rynek”. Jeśli Afrykanie się stawiają, Chińczycy sprowadzają własną siłę roboczą. Czasami też z Korei Północnej. Taki tropikalny laogai. Pracują, siedzą cicho.

Prawie wszędzie w Afryce słychać szum niezadowolenia, które w pewnych krajach wyraża się okresowymi przewrotami czy rewoltami, ale w większości przypadków ślimaczy się partyzantką w buszu i wzajemnymi masakrami międzyplemiennymi na większą bądź mniejszą skalę. Wojna we wschodnich rejonach Kongo przez ostatnie 20 lat musiała kosztować przynajmniej kilka milionów istnień ludzkich. I wszędzie widać, że islamizm maszeruje. Stosuje podobną taktykę jak ongiś komuna. Radykalizuje ludzi poprzez prowokowanie rządowego kontrterroru. Rekrutuje biednych, naiwnych, zdesperowanych, wykorzenionych. Tym razem nie w imię czerwonego mesjasza, lecz dla Allaha.

W Somalii jest obecnie spokojniej. Piraci w znacznym stopniu pochowali się. Ofensywa wojsk ościennych, głównie kenijskich i etiopskich, wyparła islamistów z Mogadiszu, zaczyna się przywracać jakąś formę spokoju. Jeśli się uda, to na wybrzeżu i w środku kraju będzie ład taki, jak od dawna panuje w prowincjach Somaliland i Puntland. Czyli lepiej niż gorzej. A to już coś. Skonfederowana z Al-Qaidą Al-Szabab (Młodzież) wycofała się na tereny wiejskie. Kilka dni temu zresztą znów było o niej głośno, bowiem francuscy komandosi kiepsko się sprawili przy próbie odbicia porwanego trzy lata temu oficera swego wywiadu. Islamiści popędzili im kota, zakładnik zginął, śmierć poniósł też przynajmniej jeden komandos. Istnieje obawa, że islamiści infiltrują Kenię wraz z powracającymi z somalijskiego dżihadu bojownikami. Agitację prowadzą nie tylko wśród uchodźców, ale również osiadłych plemion, takich jak muzułmańscy Luo. Są pierwsze ataki na chrześcijan. Oprócz tego tlą się też konflikty lokalne, choćby najazdy rolniczych Pokomo na koczowniczych Orma, w których tylko w zeszłe lato zginęło ponad 100 osób – większość od ciosów zadanych dzidami i maczetami. Zwykle doraźnie chodzi o dostęp do wody i wypas bydła. Ale zbliżają się też wybory, stąd łuki idą w ruch i wśród Kikujów, i Masajów.

Sąsiednia Ruanda jawi się jako oaza stabilności. Prezydent Paul Kagame silną ręką wprowadził ład oparty na modelu obywatelskim. Oficjalnie nie ma już Tutsi i Hutu – są Ruandyjczycy. Génocidaires zostali ukarani raczej łagodnie w kraju, ale bezwzględnie wyrżnięci wraz ze spokrewnionymi z nimi plemiennie cywilami na masową skalę za kongijską granicą.

Wschodnie Kongo płonie. Zbuntowali się ponownie miejscowi Tutsi (pod przykrywką ruchu oporu M-23). Rebelianci twierdzą, że rząd w Kinszasie nie dotrzymuje warunków amnestii. W rzeczywistości głównie chodzi o bezpieczeństwo i władzę głównego watażki w okolicy, Bosco Ntagandy, występującego pod pseudonimem „Terminator”. Jest generałem kongijskiej armii, handluje nielegalnie złotem i wszystkim innym. Ilekroć władze centralne i tzw. społeczność międzynarodowa próbują go ukarać, jego żołnierze harcują. „Terminator” i inni podobni wyłonili się z tzw. wojen w buszu w latach dziewięćdziesiątych. Jeszcze bardziej krwawy jest Joseph Kony, który uważa się za mesjasza. To prawdziwy psychopata, pedofil i szaman. Wodą „święconą” leczy AIDS, a jego zaklęcia powodują, że kule się go nie imają. Wywodzi się ze szczepu Aczoli i operuje na pograniczu Ugandy, Konga i Sudanu Południowego. Jego zwolenników została garstka, ale potrafią doskonale ukrywać się w dżungli. Czekają na swój dzień.

Ruchawka w państwach sudańskich

Zresztą na podobną skalę tli się ruchawka w państwach sudańskich, szczególnie na spornych terenach, o które upomina się Dżuba. Ale ostatnio zaktywizował się i Darfur – autonomiści zajęli dwa pustynne miasta ku wściekłości Chartumu. Odwrotnie niż w Sudanie Południowym, gdzie chrześcijanie i animiści tłuką się z muzułmanami, konflikt w Darfurze ma wymiar rasowy – czarni przeciw Arabom. A religia jest wspólna – islam. Dalej na zachód idzie wojna pełną parą na północy i w centrum Mali. Pisałem już o tym obszernie, a więc tutaj w skrócie.

Najpierw była długotrwała rebelia Tuaregów, na którą nałożył się konflikt z islamistami w Algerii i wszechmuzułmańska inspiracja Al-Qaidy. Wyszła z tego nieciekawa kombinacja nacjonalistyczno-religijna. Najsilniejsze ugrupowanie fundamentalistów muzułmańskich nie chce światowego kalifatu, ale skromnie dąży do odbudowania sułtanatu Sokoto. W malijskich obozach szkolą się już w tym celu współbracia z nigeryjskiej Boko Haram (co oznacza w przybliżeniu „zachodnia edukacja to grzech”). Ta fundamentalistyczna organizacja terroryzuje Nigerię. To jej członkowie stoją za licznymi zamachami bombowymi na kościoły katolickie i protestanckie oraz na instytucje państwowe – nie tylko koszary i posterunki policji, ale również na szkoły, nawet uniwersytet. Na dodatek na wody przybrzeżne Nigerii wrócili piraci. Atakują częściej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Władzom w Abudży udało się co prawda spacyfikować jakiś czas temu separatystyczną rebelię nadbrzeżnych plemion w delcie Nigru, rebelianci z Ruchu na rzecz Całkowitej Emancypacji Delty Nigru (MEND) skorzystali z amnestii, ale sytuacja wciąż nie jest rozwiązana. Postulaty MEND pozostają w znacznym stopniu niespełnione. Niezły tygiel. Lepiej się nie mieszać. A jeśli już, to za pomocą handlu i misjonarzy. Bezpośrednia interwencja zbrojna przez Zachód zawsze jest witana okrzykami „Rasizm! Kolonializm!”. Lepiej do ekspedycji militarnej – tak jak na przykład w Mali – nakłonić państwa afrykańskie. I zabezpieczyć im wsparcie powietrzne i logistykę. Wyjątkowo można posłać komandosów. Ale nie należy pchać się bezpośrednio samemu…