Strona główna / Moim zdaniem / Ukraina w gęstej mgle dezinformacji

GP #10, 17 maja 2014 r.

Ukraina w gęstej mgle dezinformacji

JAN CZEKAJEWSKI

W tym roku, w sierpniu, minie niechlubna rocznica stulecia wybuchu I wojny światowej. Jej przyczyną miał być jakoby zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie. Dzisiaj mądrzy historycy i stratedzy nie mogą się zgodzić, co tę wojnę naprawdę spowodowało i kogo o nią winić. Dziesiątki milionów ludzi zginęło na tej wojnie a mocarstwa, które ją spowodowały, same legły w gruzach.

Na gruzach imperium rosyjskiego powstał Związek Radziecki, Austria rozpadła się na kawałki, a cesarstwo Wilhelma II zastąpione zostało niemiecką Republiką Weimarską, która dała początek krótkotrwałej, aczkolwiek niezwykle morderczej władzy Adolfa Hitlera.

Na zgliszczach I wojny światowej powstały nowe państwa, między innymi Polska. Rozpoczęta 20 lat później nowa, II wojna światowa pochłonęła jeszcze więcej istnień ludzkich niż pierwsza. Dzisiaj Polska i Polacy mogą się cieszyć pokojem przez sześćdziesiąt lat, jeśli się odliczy kilka pierwszych lat komunistycznej władzy, która nie była z polskiego wyboru, ale nie mordowała ludzi na podobną skalę jak to miało miejsce w czasie wojen.

Paradoksalnie, taki długi okres pokoju w Europie daje powody do niepokoju.

I wojna światowa nie mogłaby zaistnieć, gdyby rządy i sztaby wojskowe państw biorących udział w wojnie nie miały od dawna przygotowanych planów do takiej wojny. Mam tu na myśli imperium Wilhelma II Hohenzollerna, które od dłuższego czasu planowało wojnę z Rosją. Potrzeba było zapalnika, aby ta wojna wybuchła. Takim zapalnikiem był zamach w Sarajewie na następcę tronu austriackiego. Trudno sobie wyobrazić, aby jeden zamachowiec, który spowodował śmierć następcy tronu i jego żony, spowodował wojnę na taką skalę. W sumie 30 milionów ludzi zginęło jako żołnierze lub od chorób będących konsekwencją tej wojny.

II wojna światowa była w gruncie rzeczy kontynuacją I wojny światowej. W ciągu jej trwania zginęły 72 miliony ludzi, z tego 47 miliony cywilów. Od tego czasu mieliśmy wiele wojen mniejszego kalibru, ale nie było konfliktu tej miary, na skalę światową.

Zaryzykowałbym twierdzenie, że III wojna światowa dotychczas nie wybuchła z powodu parytetu nuklearnego między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim. Bomby atomowe po obydwu stronach żelaznej kurtyny dały jasno do zrozumienia, że po takiej wojnie nie będzie ani zwycięzców, ani zwyciężonych. Nie będzie także generałów, prezydentów i doradców, gdyż jej ofiarami będą nie tylko prości żołnierze, ale całe naczalstwo, które taką wojnę wywołało.

Dzisiaj, po blisko 70 latach od momentu zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę, mamy już trzy generacje ludzi, którzy w Europie nie zaznali wojny. Tacy ludzie są bardziej podatni na manipulacje polityków i generałów, którzy sami nie widzieli wojny. Parytet atomowy między USA i dzisiejszą Rosją także zaczyna mieć inne, raczej symboliczne znaczenie. Nikt nie wierzy, że jedna ze stron zdecyduje się na użycie broni jądrowej. Być może, iż politycy i wojskowi rozpatrują możliwość wojny konwencjonalnej, nawet z krajem wyposażonym w broń jądrową, która rozszerzy sferę ich wpływów i spowoduje poddaństwo krajów zasobnych w strategiczne materiały, jak np. ropę czy gaz.

Od momentu upadku imperium sowieckiego, kraje mu podległe w Europie Wschodniej i Centralnej w obawie przed powrotem imperializmu, tym razem rosyjskiego, zapisały się do NATO, która to organizacja ostatnio zaczęła mieć apetyt na dotychczas zależne od Rosji nowe kraje, między innymi Ukrainę, no, a może i samą Rosję, w której rządy Putina utrudniały życie niepokornym finansowym oligarchom. Widocznie pijany Jelcyn zdawał sobie sprawę, że nie ma siły ani zdrowia do zapobieżenia powszechnej grabieży mienia postsowieckiego i oddał władzę w ręce Putina. Ten z kolei przegonił byłych komsomolców, którzy w ciągu kilku lat z bosonogich komunistów stali się miliarderami, głównie olejowymi i bankowymi. Ci, kiedy Putin zaczął dobierać się im do skóry, albo skończyli w więzieniach, jak Chodorowski, albo uciekli do Londynu, jak Berezowski. Konflikt z Rosją pasuje jak ulał tym, co planują i korzystają z konfliktów zbrojnych, i zakładają, że nikt w takim konflikcie nie odważy się użyć broni jądrowej.

Z jednej ze strony wśród państw NATO istnieje apetyt na nowe rynki zbytu a także osłabienie samej Rosji, która nagle zaczęła stawiać nowe warunki, odbiegające od uległości, jaką cechowały rządy Jelcyna. Natomiast sam Putin uważa, że Ukraina stanowi niepodzielną część Rosji. Na dodatek duża część przemysłu zbrojeniowego, eksportującego do Rosji, została tam zbudowana w okresie rządów sowieckich. Ten przemysł znajduje się właśnie we wschodniej i południowej Ukrainie. Obydwie strony, NATO i Rosja, rozważają możliwość różnych konfrontacji dla zabezpieczenia swych interesów. Zarówno NATO, jak i Rosja wolałyby rewolucyjną przemianę bez własnego otwartego udziału, ale sytuacja może wciągnąć strony do bezpośredniego konfliktu. Gorące głowy „prawicowego sektora” w Kijowie i „separatyści” w Doniecku są przykrywką do tej gry. Dodatkowo sprawę komplikuje jednak zależność państw NATO od dostawy rosyjskiego gazu i ropy naftowej, a także, ku mojemu zdumieniu, zależność sił zbrojnych USA od dostaw rosyjskiego sprzętu rakietowego. Jak wiadomo, astronauci amerykańscy nie mogą wrócić na Ziemię bez pomocy sowieckich rakiet, które dowożą ich i odwożą z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Na dodatek amerykańskie wojskowe satelity szpiegowskie są wynoszone na orbitę przez rakiety wyposażone w rosyjskie silniki odrzutowe.

Jak zwykle, tak ważny problem, jaki stanowi Ukraina, a przez nią możliwość starcia sił NATO z Rosja, nie da się wytłumaczyć w sposób prosty. Konflikt jest złożony i wiele grup interesów jest dyrygentami tej wojennej kakofonii.

Obawiam się, że może stać się tak, jak się stało z I wojną światową, kiedy nikt nie chciał wojny na światową skalę, ale ona wybuchła i pogrążyła w gruzach kraje, które ją wywołały. Krajem, który na tej wojnie skorzystał, były Stany Zjednoczone, no i jeszcze Polska, Czechosłowacja, Jugosławia, Węgry itp., które wyzwoliły się z jarzma imperialistów europejskich. Natomiast Anglia i Francja, jakoby kraje zwycięskie, były tak osłabione, że nie były w stanie powstrzymać imperialistycznych zapędów Hitlera i zapobiec II wojnie światowej.

W wypadku Ukrainy odnosi się wrażenie, że kryzys był wywołany przez zapędy pewnych kół w NATO, które szukają uzasadnienia dla swego istnienia po porażkach, jakich organizacja ta doświadczyła w Iraku, Afganistanie i szeregu krajów arabskich. Kraje te uciekły się do walki z przeciwnikiem, używając metod niekonwencjonalnych, jak np. amatorskie miny przydrożne wykonane z nawozów sztucznych albo samobójcy wysadzający się wśród NATO-wskich żołnierzy albo dyplomatów. Tacy terroryści nie noszą mundurów, które by ich odróżniały od cywilów, i nie przestrzegają zasad Konwencji Genewskiej, jaka miała regulować zachowanie w czasie konfliktu zbrojnego. Wobec tego olbrzymie wydatki państw NATO na walkę z terrorystami są i były wyrzucone w błoto. Odnosi się wrażenie, iż NATO desperacko szuka uzasadnienia dla swego istnienia. Dla NATO kryzys na Ukrainie jakby spadł z nieba. Zmierzenie się z Rosjanami to jest wojna z przeciwnikiem, do jakiego NATO gotowało się przez wiele lat tak zwanej „zimnej wojny”. W sytuacji, w której straszak wojny nuklearnej już się przeżył, istnieje pokusa spróbowania wojny konwencjonalnej. Najlepiej za pomocą samolotów-automatów, tak zwanych „dronów”, w których strona NATO-wska nie ryzykuje własnego ludzkiego życia.

Nowe, dopiero co zainstalowane władze w Kijowie, modlą się o taką wojnę, która zapewniłaby Ukrainie niezależność, albo raczej zależność (EU) bardziej atrakcyjną od Rosji Putina. Na dodatek wschodnia część Ukrainy, ta granicząca z Rosją, produkuje olbrzymią część eksportu całego kraju, więc podział Ukrainy nie jest do zaakceptowania dla biedniejszej, zachodniej części Ukrainy ze stolicą w Kijowie.

Natomiast Rosja została zapędzona przez „Zachód” w kozi róg. Przejęcie całej Ukrainy przez EU a także NATO znaczyłoby olbrzymie osłabienie Rosji zarówno strategicznie, jak i ekonomicznie.

Duża część przemysłu we wschodniej Ukrainie została zbudowana przez władze sowieckie i utrata tego przemysłu, szczególnie zbrojeniowego, poważnie osłabi Rosję. Putin obawia się, że przesunięciu granic NATO w okolice bliskie Moskwy spowoduje dalsze żądania USA i UE co do warunków eksploatacji minerałów i ropy naftowej w samej Rosji i na dalekiej Syberii. Rosja, jako taka, nie jest krajem monolitycznym. Ciągle składa się z szeregu okręgów i grup ludności, które mówią innym niż rosyjski językiem. Rosja jest sama w sobie „Federacją”, jak wskazuje sama nazwa kraju – Federacja Rosyjska.

Oczywiście, obawę przed wojną z Rosją mają też strefy handlowe i przemysłowe Unii Europejskiej. Obawa przed utratą dostaw rosyjskiego gazu i zerwanie kontraktów może wywołać kryzys ekonomiczny szczególnie w Niemczech, nie mówiąc już o Polsce, Czechach, Słowacji, Finlandii itd. W sumie kraje europejskie korzystają z dostaw gazu rosyjskiego w około 25 proc., a kraje Europy Centralnej w 90 proc. do 100 proc.

Nie wiadomo, kto przeważy w decyzji zaostrzenia konfliktu i doprowadzenia do starcia zbrojnego. Czy przeważą militarystyczne i neokonserwatywne polityczne elity, czy zimna kalkulacja przemysłowców, którzy opowiadają się za pokojem? Putin nie ma wyboru. Na aneksję całej Ukrainy do EU i NATO nie może się zgodzić. Jedynym dla niego wyjściem jest „odbicie” rosyjskojęzycznej, wschodniej Ukrainy i przyłączenie jej do Rosji, albo „federalizacja” Ukrainy z zapewnieniem jej przyjaznego Rosji rządu. Czy NATO, czyli USA, na to przystanie, trudno powiedzieć. Najbliższe dni albo miesiące dadzą odpowiedź na to pytanie.

Mnie, jako politycznemu ignorantowi, narzuca się obawa, że osłabienie Rosji może być na rękę Chinom, które spokojnie przyglądają się amerykańskim wojnom w Afryce Północnej, Afganistanie a teraz zakusom NATO na Ukrainę. Przeludnione Chiny łakomie patrzą na graniczącą z nimi Syberię, gdzie i tak nielegalna chińska imigracja zaczyna odgrywać coraz większą rolę, wypierając etnicznych Rosjan.

Rosnące ambicje chińskie w rozszerzeniu kontroli nad wodami Morza Południowochińskiego i rosnący konflikt z Japonią o małe skaliste wysepki jest próbą sił między USA a Chinami na tamtym terenie. Obawiam się, że USA mają skrzywiony strategiczny punkt widzenia i większy niż Ukraina orzech do zgryzienia.