Strona główna / Moim zdaniem / Polska służebnicą cudzą

GP #12, 2 czerwca 2012 r.

Polska służebnicą cudzą

JAN CZEKAJEWSKI

„Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą! / Pawiem narodów byłaś i papugą, / A teraz jesteś służebnicą cudzą” – napisał Juliusz Słowacki w „Grobie Agamemnona”. Trudno o lepsze odkreślenie odnoszące się i do dzisiejszych czasów, kiedy Polaków starających się o wizy turystyczne w konsulatach amerykańskich traktuje się właśnie jako „służebnice cudze”. Kiedyś było inaczej.

Kiedy 44 lata temu starałem się o wizę emigracyjną do USA będąc azylantem w Szwecji, konsul amerykański w Sztokholmie zadzwonił do mnie osobiście z pytaniem, dlaczego ociągam się z wyjazdem. Pytał, czy mógłby mi w czymś pomóc. Jakże czasy się zmieniły! Dzisiaj Polacy, niby-sojusznicy Ameryki, są traktowani obraźliwie, mimo że wysłali swych żołnierzy do Iraku, wojny zasadniczo niepotrzebnej i przegranej, i nadstawiają głowy w odległym Afganistanie dla sprawy, której nawet Amerykanie nie potrafią zrozumieć ani wytłumaczyć.

Nie zawracałbym sobie głowy sprawami wiz amerykańskich, gdyż od blisko czterdziestu lat jestem obywatelem amerykańskim i w USA żyją moje dzieci i wnuki. Niestety, wypadki ostatnich tygodni spowodowały, że otarłem się o rzeczywistość osób, którym bez uzasadnionego powodu wizy amerykańskiej odmówiono.

Otóż trzech moich młodych współpracowników –  Amerykanów: Tim, Ken i Mike – podróżując w ramach delegacji służbowych, poznało i poślubiło cudzoziemki. Ken ożenił się z Białorusinką z Mińska, Mike z Japonką, a Tim za żonę pojął Polkę z Łodzi. Interesująca jest sprawa tego ostatniego. Podróżując wielokrotnie do Polski, przyczynił się do milionowych zamówień aparatury naukowej zakupionej z naszej firmy przez polskie uniwersytety. Jego żona – naukowiec biochemik – przyjechała do USA jako legalna emigrantka i jest aktualnie w piątym miesiącu ciąży. Tim jest wartościowym pracownikiem, który w przeszłości podróżował do wielu krajów, m.in. Polski, Rosji, Czechów, Emiratów Arabskich, Białorusi i Wietnamu. Gdziekolwiek Tim przebywał, sławił amerykańską demokrację i wolności, z jakich każdy obywatel amerykański korzysta. Niestety, teraz, kiedy odmówiono wizy czasowej (visitor’s visa) jego teściowej, która miała opiekować się jego żoną w ostatnim miesiącu ciąży i mającym się urodzić dzieckiem, będzie trudno Timowi sławić, że żyje w kraju, który szanuje jego przekonania do wolności. Powodem odmowy było standardowe biurokratyczne porzekadło, że starsza pani „nie udokumentowała wystarczająco, iż wróci do Polski”. Ten zwrot nie różni się od komunistycznego sloganu, z jakim odmówiono mnie i tysiącom innych osób polskiego paszportu w latach PRL-u z adnotacją: „odmawia się z ważnych powodów państwowych”. Tim zarabia ponad $100 tys. rocznie i 60-letnia teściowa nie myśli o odbieraniu pracy bezrobotnym Amerykanom. Dokumenty o stanie jej finansów w Polsce i uzasadnienie, że nie będzie żadnym obciążeniem dla podatników w USA, w żaden sposób nie zainteresowały młodych biurokratów w amerykańskim konsulacie w Warszawie. Nawet poparcie od senatorów z Ohio nie wpłynęło na ich odmowną decyzję.

Teściowa Tima nie zamierza emigrować do USA. W Polsce czuje się doskonale, ma mieszkanie, samochód i emeryturę, natomiast w Ameryce – nie znając języka angielskiego – czułaby się obco. Chciała po prostu odwiedzić córkę i pomóc jedynaczce, która spodziewa się pierwszego dziecka.

Tim pogodziłby się z tą decyzją konsulatu, gdyby nie pozytywna decyzja dotycząca wizy dla obywatelki Białorusi z Mińska. Otóż Białorusinka, teściowa Kena, kolegi Tima, nie miała najmniejszych trudności z odwiedzeniem swej córki i opieki nad jej niedawno urodzoną córeczką. Jej wydano wizę od ręki. Również rodzice Japonki, żony Mike’a, odwiedzili ją bez przeszkód.

Tim, który kiedyś był na Białorusi, zna dramatyczną sytuację w tym kraju i desperację Białorusinów, aby wyrwać się z reżymu Łukaszeniki. Niemniej Białorusini mają widocznie specjalne przywileje w porównaniu z NATO-wskimi sojusznikami, Polakami, aczkolwiek nie jest mi wiadome, aby Białoruska Armia walczyła ramię przy ramieniu z amerykańskimi żołnierzami w Iraku i Afganistanie. W sumie odnosi się wrażenie, że przyjaciele Stanów Zjednoczonych traktowani  są przez amerykańskich biurokratów gorzej od innych. Szereg obywateli byłych krajów komunistycznych, gorzej finansowo sytuowanych niż Polacy – przykładowo Węgrzy, Słowacy, Słoweńcy, Litwini i Łotysze – nie potrzebuje wizy amerykańskiej dla krótkich podróży turystycznych.

Odnosi się wrażenie, że urzędnicy konsulatów amerykańskich w Polsce mają odgórne zalecenie odmawiania wiz, aby udokumentować, że procent odmów uzasadnia utrzymanie statusu wizowego dla Polaków. Fakt, że polski rząd z tym stanem rzeczy się zgadza bez oficjalnego protestu, jest także ubliżający. Nie mam specyficznej rady, jak zmienić tę sytuację, ale przynajmniej w związku ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi, obywatelom amerykańskim polskiego pochodzenia radziłbym uznać sprawę wiz dla Polaków jako najważniejszą. Zostawmy sprawę małżeństw gejów innym. W pewnej mierze jest to sprawa honorowa. Wypowiedzi prezydenta Obamy, że sprawy wizowe należą do Kongresu, są mało przekonujące. Natomiast dla polskiego rządu mała rada. Już czas, aby podnieść się z kolan. Lizanie butów satrapów na Kremlu przez władców PRL-u miało kiedyś pewien sens, ale Waszyngton nie jest Kremlem i tutaj się nie nagradza, lecz pogardza lizusami. Sprawa wiz dla Polaków jest tego najlepszym przykładem.

JanCzek@AOL.com