Strona główna / Moim zdaniem / Jakich „społeczników” mamy za dużo, a jakich potrzebujemy?

GP #13, 16 czerwca 2012 r.

Jakich „społeczników” mamy za dużo,
a jakich potrzebujemy?

ELŻBIETA KULEC

Żyjemy w czasach pod każdym względem przełomowych. Kłamstwo ukryte pod płaszczykiem prawdy rozpanoszyło się wszędzie, nawet w instytucjach, które stanowią prawo i tych powołanych do jego przestrzegania. Każda sfera życia jawi się jako skorumpowana i podlegająca układom. Jako naród doświadczony okrucieństwami komunizmu zostaliśmy poddani procesom wyniszczającym tkankę narodu, co niestety zaważyło na morale polskiego społeczeństwa. Jak wiadomo, „byt kształtuje świadomość”. W zniewolonej po wojnie Polsce do naszych domów wdarło się kłamstwo. Najpierw po to, by dzieci za mówienie prawdy nie skończyły jak dziadkowie i ojcowie w kaźniach UB-ckich, nastepnie, żeby zdobyły dzięki przemilczeniom bądź półprawdom jakąś pozycję w tym pogmatwanym świecie, a potem... Potem już tak zostało.

Każdy jednak człowiek w chwilach, gdy jest sam na sam ze sobą, gdy nikogo nie udaje, gdy nikogo nie musi już wprowadzać w błąd, słyszy nagle swe sumienie, które zwyczajnie po ludzku łka. Ono bowiem nie podlega prawom przystosowania, ono nie akceptuje wyścigu szczurów, ono wie, że praca społeczna to coś ze wszech miar uszlachetniającego, a nie tak jak to dziś bywa – sposób na ustawienie się, czyli życie kosztem innych pod płaszczykiem pracy pozorowanej. Nieliczne wyjątki społeczników uczciwych i prawych, których znamy, potwierdzają tylko niestety tę niechlubną regułę.

Ktokolwiek miał okazję poczytać znamienitego publicystę Rafała Ziemkiewicza czy chociażby posłuchać jego wypowiedzi, przyzna, że jego spostrzeżenia odnośnie stanu naszego społeczeństwa są trafne. Odsyłam w tym względzie do filmu, który można znaleźć na YouTube: „ZIEMKIEWICZ: CZY POLACY WYGINĘLI?”. Autor przypomina nam, iż mordowano na wielką skalę nasze polskie elity w czasie wojny, potem skrycie, podstępnie i bardzo skutecznie długo jeszcze po wojnie. To, jak skutecznie udało się polskojęzycznym (aczkolwiek nie byli to wcale nasi rodacy) nas okłamać, widać najlepiej na przykładzie wymanewrowania pierwszej Solidarności, jak i 9 milionów ludzi, którzy mieli realne szanse odzyskać Polskę dla Polaków, gdyby mieli tę wiedzę, jaką mamy dziś. Daliśmy się wówczas jak dzieci wyprowadzić w pole, na krótkim postronku KOR-owi i okrągłostołowym. Lata minęły, z tych 9 milionów ludzi, sporo odeszło naturalną koleją rzeczy na zawsze do Pana Boga, a nasi odwieczni manipulatorzy, spece od transformacji, wychowali przez kolejnych 30 lat na bazie antypolskich mediów rzesze bezideowych młodych ludzi. Dla tych zmanipulowanych ludzi słowo „cwany” brzmi lepiej aniżeli „mądry” czy „uczciwy”. I jak to obrazowo opisał Rafał Ziemkiewicz, mamy sytuację taką, że wieś wyszła do miasta, ale tam nie doszła, a niestety nie ma już tej wsi, z której wyszła i nie ma już tego miasta, do którego chciała dojść. Tym sposobem mamy w labiryncie (choć wcale nie bez wyjścia, ale na dzień dzisiejszy wciąż w labiryncie), całe rzesze tzw. „tutejszych”, bo trudno powiedzieć Polaków, gdyż słowo Polak akurat zobowiązuje do pewnej postawy, której „tutejszym” brak. Owi „tutejsi”, na dzień dzisiejszy, są nieświadomi swej tożsamości narodowej, programowo i notorycznie obśmiewanej i opluwanej w mediach przez całe lata.

Nie bez kozery jest to wprowadzenie o stanie naszego morale tam w kraju, by zastanowić się nad problemem naszego morale tu w USA. Wielu sądzi, iż pod względem uświadamiania sobie mechanizmów wokół nas działających jesteśmy lepiej zorientowani aniżeli nasi rodacy w Polsce. Czy jako społecznicy sprawdzamy się w tej roli tak jak na Polaka z krwi i kości przystało? Czy możemy być dumni z naszych reprezentantów w różnych polonijnych organizacjach?

Emigranci osiadając po tej stronie oceanu powoływali do życia nie jakieś Międzynarodówki, ale organizacje zrzeszające ludzi mówiących tym samym językiem, kultywujących te same tradycje, dumnych ze swego wspólnego pochodzenia . Obrzydzeniem napawa ostatnie hasło promowane przez Polską Unię Kredytową: „To nie tylko skąd pochodzisz... to również dokąd zmierzasz”. Komu do diaska przeszkadzają polskie korzenie? Przypomina tu się dowcip o bacy, który z beztroską piłuje gałąź drzewa, na której akurat sam siedzi.

Wolontariat w organizacjach wyższej użyteczności publicznej to działalność biorąca swój początek z potrzeby serca. Wolontariat to nienastawiona na korzyść materialną chęć sprawdzenia się w dyscyplinie nazywanej po chrześcijańsku służbą drugiemu człowiekowi. Wolontariat to radość płynąca z poczucia dobrze spełnionej obywatelskiej powinności. Wolontariat w organizacjach polonijnych w obcym kraju to ponadto pewna misja, którą wypełnia się na rzecz rodaków w ich nowym miejscu zamieszkania, by można było nawet z dala od kraju czuć komfort wynikający z tego, że Polak Polakowi Polakiem. Wolontariusze z prawdziwego zdarzenia to ludzie spełnieni, to ludzie z natury swojej dobrzy i życzliwi, to ludzie szczęśliwi, to ludzie emanujący ciepłem. Ich mottem bowiem jest zostawić po sobie namacalny ślad, przynoszący korzyść jakiejś organizacji, a za jej pośrednictwem członkom tej organizacji. Społecznicy to ludzie, których pasją jest wychodzić naprzeciw potrzebom jakiejś grupy z którą się utożsamiają, ludzie których pasją jest kreować dobro i zarażać tą potrzebą czynienia dobra innych ludzi. Tyle bowiem weźmiemy ze sobą na tę drugą stronę życia, ile damy innym z siebie. Organizacje społeczne dają możliwość dzielenia się dobrem z innymi.

Niestety, tragiczne lata, kiedy naród polski na własnej ziemi nie mógł czuć się prawowitym gospodarzem, sprawiły, że do głosu i do władzy dochodzić mogły przede wszystkim instynkty i osobnicy bardzo aspołeczni, obcy nam i naszej mentalności. Na prawych społeczników po wojnie nie było zapotrzebowania ze strony niepolskich przecież władz, a jeśli jeszcze gdzieś się tacy pojawiali, to byli fizycznie eksterminowani. Pojawił się typ nowego bohatera, typ Nikodema Dyzmy, który w zdrowym społeczeństwie nie miałby prawa bytu. Stopniowo narodził się swoisty kult dla sprytu Dyzmy, podziw dla osób takich jak Lech Wałęsa , prezydent Kwaśniewski i działaczy im podobnych. To sprawiło, że i w organizacjach wyższej użyteczności publicznej niestety przeważają karierowicze, a to co robią jakoby w imię naszego wspólnego dobra, bywa niewiele warte. Powstał i do dziś wciąż pokutuje wypaczony model społecznika. Pod górnolotnymi hasłami i deklaracjami kryją się niejednokrotnie mali ludzie, egoiści, którzy pragną ustawić się w życiu. Jakże to nie polskie! Jakże to naganne! Wgryzło się powoli to, niestety negatywne, zjawisko w zdrową tkankę narodu. Trudno uwierzyć w to, że Polska jest wolnym krajem, jeśli w polskiej telewizji pogardą otacza się przymioty patriotyzmu, a śmierć prawie całej elity rządowej dla obecnych władz jest epizodem nie wymagającym wyjaśnienia!

Różne polskie organizacje, zakładane niekiedy przez niewykształconych, ale prawych Polaków tu w Stanach Zjednoczonych, są dziś opanowane przez pseudospołeczników i zatraciły w dużej mierze swój służebny charakter wobec polskiej społeczności po tej stronie oceanu. Bujają się dziś takie czy inne organizacje, bo nie działają one tak jakbyśmy tego chcieli. Ci, którym udało się już w nich dosiąść jakichś stołeczków, mają na głowie poważny problem: co zrobić, by swego stołeczka nikomu nie oddać? W najgorszym wypadku trzeba znaleźć sposób, by siadać na stołeczku z kimś zaprzyjaźnionym na zmianę, czyli trochę ja, trochę kolega czy koleżanka i znowu ja. Każda organizacja na tym traci i tracimy my. „Nasi” reprezentanci podróżują i bawią się za społeczne pieniądze i wcale nie mają wyrzutów sumienia z tego powodu, choć niejeden deklaruje się być praktykującym katolikiem. Jak to możliwe? Normalnemu człowiekowi przeszkadzałoby to spojrzeć samemu sobie w oczy, ale typ karierowicza ma to do siebie, że przegląda się tylko w oczach klakierów, których gromadzi wokół siebie. Znany jest mi nawet typ takiego społecznika, o którym mogę powiedzieć aż tyle dobrego, że lubi tańczyć. A z Dyzmą, to widać, naprawdę bardzo się utożsamia.

Na pozór dzieje się sporo w organizacjach polonijnych, ale w dużym stopniu nie są to rzeczy ze wszech miar pożądane. Czasem mamy do czynienia z wydarzeniami polskojęzycznymi tylko z racji używania tam naszego języka polskiego. Czasem zaś (i to boli tym bardziej) próbują nam przewodzić w jakichś akcjach ci, którzy – używając słów Ziemkiewicza – wybrali się do miasta, ale nigdy tam nie doszli. I cały wysiłek takich ludzi zaczyna być skoncentrowany na tym, jak dokooptować do swego grona takich ludzi, którzy zagwarantują stabilność ich stołka. Przerabia się wówczas pod tym kątem statuty organizacji i panowanie zaczyna przypominać czasy absolutyzmu. A służebna działalność tych organizacji względem naszej tu społeczności jest stopniowo marginalizowana do minimum. Staje się przykrywką dla napuszonego, z ustami pełnymi frazesów takiego czy innego Dyzmy.

Dlaczego dzieje się źle finansowo w polonijnych instytucjach? Właśnie dlatego, że spora grupa „społeczników” w pierwszej kolejności myśli o sobie, a dopiero potem o organizacji. A że wszystkim wiadomo, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia, to jeśli dostaje się do zarządu takiej czy innej organizacji osoba, która swój interes przedkłada ponad społeczny, to nic dziwnego, że nie ma komu troszczyć się o wygospodarownie funduszy dla tych organizacji. Wiele instytucji wyższej użyteczności publicznej, gdyby chciały służyć Polakom i naszym sprawom uczciwie, byłyby w stanie zdobyć sporo funduszy. Gdyby tworzyli rzeczy, na które jest zapotrzebowanie społeczne, siłą rzeczy znaleźliby się odbiorcy. Oni wolą jednak bujać się w przestrzeni jakiejś takiej mało polskiej. Podejmują w swych pracach naukowych tematy dla siebie bezpieczne, a dla nas Polaków nieistotne, organizują odczyty i sympozja na tzw. tematy zastępcze, bez których naprawdę świetnie my Polacy obylibyśmy się, a tematy ważne, dotyczące polskiej martyrologii, prawdziwych polskich bohaterów są absolutnie nie brane pod uwagę. Wynoszą nam pod niebiosa bohaterów, dla których polska ziemia była życzliwa i opiekuńcza jak matka. Kto w takich sympozjach, odczytach bierze udział? Tylko Towarzystwo Wzajemnej Adoracji. Mamy zbiory archiwalne, dokumenty, o których chętnie byśmy poczytali à propos niuansów polskiej historii fałszowanej przez komunę, a tu widzimy, że wciąż wiele tematów jest tabu. Chętnie poczytalibyśmy książki, które mówiłyby o naszym polskim Holokauście, o tym, jak maltretowana była i wciąż bywa maltretowana dusza Polaka. Chętnie wzięlibyśmy udział w spotkaniach, gdzie z prawdą o naszych tragediach narodowych zapoznawanoby przedstawicieli i innych nacji. Takich mądrych książek nie wydają „nasze” organizacje.

Jeśli zaś chodzi o edukację naszych dzieci, to tworzone są programy szkolne, opracowuje się nowe podręczniki historii dla polskich dzieci, od których skóra cierpnie. Przeciętni ludzie nawet o tym nie wiedzą, pracując w pocie czoła na coraz cięższy chleb powszedni. A tymczasem całe gremia pod patronatami jakichś wyimaginowanych, bo nie naszych, „wspólnot” pracują nad wynaradawianiem polskiej młodzieży. Rozbudowują i rozbudowują swe szeregi, doczepiając coraz to nowe wagony do tej samej lokomotywy, która bez tych niepotrzebnych i kosztownych wagonów pomknęłaby i szybciej, i cel byłby jaśniejszy.

Ponadto, problem finansowy jest w ramach każdej polskiej instytucji coraz to poważniejszy. Nie wiadomo już nawet, czy konsulat zostanie się w Nowym Jorku, bo różne chodzą słuchy w tym względzie. Naiwniaków sponsorujących rzeczy pod tytułem „sobie a muzom” ubywa, a rozrastają się struktury bractw gotowych do wydawania społecznych pieniądzy na niesprecyzowane bynajmniej potrzeby-zachcianki. Kto ma te gremia finansować? Ponieważ w Unii Kredytowej było przez całe lata sporo nieuczciwych „społeczników”, więc dziś boryka się ona z olbrzymimi problemami finansowymi. Warto spróbować odzyskać poutapiane w wątpliwych miejscach oszczędności Unii, by dać nauczkę kolejnym niefrasobliwcom, że za społeczną niegospodarność wczorajsi cwaniacy będą zmuszeni pokryć straty z własnych kieszeni. Sprawy Naszej Unii mają się mniej więcej trzy razy gorzej aniżeli w Ukraińskiej Unii Kredytowej. Na szczęście, dochodzą ostatnio do głosu elementy propolskie wśród dyrektorów Unii Kredytowej, co wcale nie znaczy, że stare chce odejść. Trzyma się kurczowo rękami i nogami, nie bacząc na swą niepopularność i samoświadomość tego, iż nic dobrego dla Unii nigdy nie uczyniło.

Musimy być bardzo wyczuleni na nowe zagrożenie, jakie ktoś bardziej sprytny aniżeli mądry wymyślił w postaci rozbudowanego „sponsorstwa” Unii Kredytowej. Tak naprawdę już sam termin wydaje się niezbyt trafiony, bo mówimy przecież o instytucjach sponsorowanych przez Unię Kredytową, a nie odwrotnie. Przykład CP-S jest bolesnym przykładem, jak można było przez lata całe pod ogólnikowo sformułowanymi cyframi udawać „wielką” działalność.

Bezpieczniej dla Unii Kredytowej, i zarazem mobilizująco na wszystkie polskie organizacje, byłoby lansowanie modelu szerokiego gestu Unii względem instytucji, których działalność jawi się być wyjątkowo cenna. Warto w stronę takich organizacji sypnąć pełną garścią albo i całym workiem pieniędzy. Będą one pracowały tym operatywniej, wiedząc, że mają szansę na kolejny worek. Praktyka przyznawania stałych kwot z góry nie wyjdzie na zdrowie żadnej organizacji. Taka polityka pobudzać będzie raczej do marnotrawstwa. Nie ceni się bowiem z natury tego, co przychodzi nam łatwo.