Strona główna / Moim zdaniem / Cienki drucik z przynętą

GP #13, 15 czerwca 2013 r.

Cienki drucik z przynętą

JAN CZEKAJEWSKI

The New York Times napisał, że problemem trapiącym amerykańską gospodarkę jest brak kredytu. Gdyby tylko banki poluzowały sznurek wiążący ich sakiewki i pożyczyły ludziom pieniądze, to nasza ekonomia odbiłaby się od dna i rozkwitła wieloma kolorami tęczy.

Wtedy ludzie, którzy dziś nie mogą związać końca z końcem, pracując na dwu etatach, zaciągną sobie kolejną pożyczkę na zakup nowego domu. Mali przedsiębiorcy, którzy nie mają pomysłu na produkcję czegokolwiek wartego sprzedaży, nagle rozwiną reklamę rzeczy wątpliwej wartości, jak choćby promocja jeszcze jednej kliniki pięknych paznokci, odchudzania, upiększania albo lepszego samopoczucia. Tego rodzaju niefrasobliwa filozofia łatwych pieniędzy, „drukowanych” na komputerach rządowych pod kryptonimem QE1, QE2 i ostatnio QE3, ma miejsce dzisiaj, zaledwie cztery lata od momentu, kiedy krach nieruchomości spowodował bankructwo milionów ludzi, których nie było stać na spłatę pożyczek zaciągniętych ponad ich możliwości spłaty. Ludzie ci często wyprowadzali się w nieznane, oddając bankom klucze do jeszcze niedawno swoich domów.

Jeśli tak dalej pójdzie, to kraj nasz stanie się krajem czyścicieli butów, aczkolwiek wraz ze wzrostem popularności tenisówek przyszłość i tego zawodu stoi pod znakiem zapytania.

Aby tego było za mało, miesięcznik Foreign Affairs (Polityka Zagraniczna) opublikował artykuł zatytułowany „The Real Story Behind Executive Pay” (Prawdziwa opowieść o wynagrodzeniu dyrektorów) prof. Stevena N. Kaplana z Uniwersytetu w Chicago. Profesor Kaplan, który poza biznesem wykłada także przedsiębiorczość i finanse, uzasadnia w nim, że nasze uprzedzenia do bankierów nie mają podstaw, gdyż wynagrodzenia dyrektorów wielkich międzynarodowych przedsiębiorstw nie są wcale dużo mniejsze od amerykańskich. Kulminacją jego wywodów było uzasadnienie, że zmniejszenie wynagrodzenia bankierów spowoduje odpływ talentów!

A gdzie te „wybitne” talenty miałyby odpłynąć? Czy do Europy, w której narobiły szkód porównywalnych albo nawet większych niż w USA? A może do Singapuru lub Hongkongu? Tam już mają własnych utalentowanych bankierów z chińskim rodowodem. Poza tym w Singapurze klimat jest gorący i wilgotny i wypluwanie gumy do żucia na chodnik jest karane, nie mówiąc już o narkotykach i marihuanie. Wyraźnie prof. Steven Kaplan napisał ten artykuł na zlecenie bankierów, którzy finansują jego pseudonaukowe artykuły, licząc na ogłupienie opinii czytelników, jakoby poważnego, liczącego się czasopisma.

Dlaczego więc amerykańskie banki nie dają pieniędzy przedsiębiorstwom, które produkują rzeczy potrzebne i nieodzowne? Może dlatego, że te przedsiębiorstwa już od dawna wyprowadziły się do Chin i innych krajów gwarantujących im większe zyski. Ostatnio w prasie amerykańskiej czytamy alarmujące wypowiedzi osób ze sfer rządowych i wojskowych, że Chińczycy u nas szpiegują. Obawiam się, że korzyści dla Chin z tego szpiegowania są coraz mniejsze, ponieważ coraz mniej mamy wartościowych rzeczy do wykradzenia. Wielkie firmy takie jak General Electric, General Motors, Motorola, Apple itp. zupełnie legalnie przekazują amerykańską technologię do swoich chińskich fabryk. W fabrykach tych setki tysięcy Chińczyków uczy się używać i kopiować amerykańską technologię. Kilkaset tysięcy studentów z Chin studiuje nauki ścisłe, inżynierię, fizykę i matematykę na amerykańskich uniwersytetach. Tylko w 2013 r. 200 tys. nowych studentów zaczęło studiować w USA. Ludzie ci po ukończeniu studiów mają trudności z uzyskaniem wizy pobytowej w USA i wracają do Chin, gdzie są wykorzystywani jako nasi konkurenci.

Bez studiujących Chińczyków, wydziały inżynierii, matematyki i fizyki na uniwersytetach amerykańskich trzeba by zamknąć w 80 proc. Chińczycy zaczynają przejmować także wiodącą rolę jako uniwersyteccy profesorowie i badacze w dziedzinach nauk ścisłych.

A co studiują młodzi zdolni Amerykanie? Oni studiują administrację biznesu, medycynę lub prawo. A co robią mniej zdolni albo bardziej ubodzy? Oni studiują „nauki” o dyskryminacji mniejszości rasowych lub kobiet o innej orientacji seksualnej. Po takich studiach absolwenci znajdują pracę jako taksówkarze, są kelnerami i koszą trawniki. Ci najszczęśliwsi budują drewniane domy, kupowane przez ubogich Amerykanów za pożyczki, których nie są w stanie spłacić. Czy mogłoby być inaczej? Ano mogłoby być tak jak jest w Niemczech, gdzie około 50 proc. uczniów szkół średnich uczy się w szkołach zawodowych. Szkoły te przygotowują wykwalifikowanych pracowników dla niemieckiego przemysłu wytwórczego. Ten przemysł stanowi o zdrowiu gospodarki niemieckiej. Niemcy są jedynym krajem w Europie, który ma dodatni bilans handlowy. USA mają deficyt w handlu zagranicznym każdego roku, począwszy od roku 1984. W USA tylko 0,3 proc. uczniów szkół średnich uczy się w „zawodówkach”.

W interesującym artykule, Edwarda Luce’a w brytyjskim dzienniku Financial Times z 15 kwietnia 2013 r. pt. „Why the US is looking to Germany for answers” (Dlaczego USA szukają odpowiedzi u Niemców) pisze, że niemiecka firma Siemens, która ostatnio zbudowała fabrykę w Północnej Karolinie, miała zapotrzebowanie na 50 pracowników. Zgłosiło się 2000, ale tylko 10 proc. przeszło przez podstawowy test kwalifikacyjny. Wniosek jest jasny: nasi młodzi ludzi studiują za (zwykle pożyczone) pieniądze tematy, na które nie ma zapotrzebowania, wynagrodzenia ani pracy.

Czasami sobie myślę, że istnieje podobieństwo między „szlachecką” mentalnością większości Polaków i dzisiejszych młodych Amerykanów. Piszę „dzisiejszych”, gdyż kiedyś, lat temu 50, w Ameryce tego nie było. Znam takich inżynierów-wynalazców, dzisiaj już na emeryturze, którzy nigdy na uniwersytet nie uczęszczali i są inżynierami bez dyplomu. Zawodu nauczyli się w pracy. Niektórzy zostali nawet milionerami i założyli własne firmy. W XIX wieku zubożała polska szlachta, zamiast zająć się praktycznym zajęciem, stworzyła klasę gryzipiórków. Dzisiejsi młodzi Amerykanie nie garną się do zajęć technicznych, które uważają za podrzędne. Potrzebne będzie pokolenie powszechnego bezrobocia, aby zmienić tę mentalność.

Jan Czekajewski
janczek@aol.com