Strona główna / Moim zdaniem / Kapitol – dom starców?

GP #16, 28 lipca 2012 r.

Kapitol – dom starców?

JACEK G. WIERZBICKI

Wydawałoby się, że system komunistyczny to zupełne przeciwieństwo wolności amerykańskiej. A jednak jak się dobrze przyjrzeć, to mają kilka bardzo podobnych – by nie powiedzieć wspólnych – elementów. Na przykład, wybory do sejmu i kongresu. Na pierwszy rzut oka to dramatyczna różnica: tu wolny wybór a tam lista Frontu Jedności Narodu. Wyniki jednak są bardzo podobne: i tu, i tam w nowym sejmie i kongresie widać te same stare (niekiedy nawet bardzo stare) twarze.

US Congress
Obrady amerykańskiego Kongresu

W Polsce Ludowej twarze znikały nie w wyniku wyborów, ale w wyniku śmierci posła lub tarć wewnątrzpartyjnych. W Stanach Zjednoczonych natomiast winna jest głupota przeciętnego wyborcy (politycy nazywają ich „American people”), który nie interesuje się niczym poważnym, a głosuje tylko wtedy, gdy w dzień wyborów nie ma w TV żadnych wydarzeń sportowych, a do tego znajdzie przerwę w oglądaniu tak ambitnych programów jak American Idol czy Dancing with the Stars, itp.

Ale wtedy zaczynają się kłopoty: kandydat A versus kandydat B. Typowy wyborca ich nie zna.

Ci najgłupsi głosują na chybił-trafił. Innym jednak może coś zaświtać: kandydat A to ten, na którego głosowali już moi rodzice albo którego nazwisko jest na plakacie przed domem sąsiada – trzeba by więc na niego głosowac. W ten sposób, dzięki „inteligencjii” wyborców, wybierani są ponownie ci sami ludzie albo ci, którzy mają więcej pieniędzy na kampanię wyborczą. Jeżeli to prawda, to w Kongresie powinni zasiadać głównie ludzie o długim stażu, a zatem i bardzo starzy.

Przypatrzmy się więc amerykańskiemu Kongresowi.

Stan Michigan, w którym mieszkam, reprezentuje dwóch senatorów i 15 kongresmenów, a wśród nich: John Dingel – 89 lat (57 lat w Kongresie), Dale Kildee – 83 lata (36), John Coners – 83 lata (46), Sander Levin – 80 lat (30) i Carl Levin – 78 lat (45).

Ale Michigan nie jest bynajmniej wyjątkiem – Senat to wręcz Rada Starców. Prawie 40 proc. senatorów ma ponad 70 lat, a tylko 13 z nich jest poniżej piećdziesiątki. „Stara Gwardia” to zarówno demokraci, jak i republikanie, ale jest tu pewna różnica: starzy republikanie nie pełnią ważnych funkcji, natomiast w kierownictwie demokratów młodych nie ma wcale. Dla przykładu: Nancy Pelosi – 72 lata (25 lat w Kongresie), Stanny Hoyer – 73 lata (32), Charles Rangel – 82 lata (41), Henry Waksman – 73 lata (37), Harry Reed – 73 lata (35), Patrick Leahy – 72 lata (37), Jay Rockefeller – 75 lat (35) i Barbara Mikulski – 77 lat (45).

Wszyscy oni są bardzo bogaci, mają wszelkiego rodzaju przywileje i mogliby już dawno być na emeryturze. Co więc ich trzyma w Kongresie? Narkotyk zwany władzą.

I tak rządni władzy staruszkowie rujnują Amerykę. Natura ma jednak swoje prawa. Może i wyglądają dziarsko, udzielając wywiadów w telewizji (charakteryzacja robi swoje), ale entuzjazm już u nich nie ten. Niektórzy zresztą nawet w telewizji prezentują się wyjątkowo żałośnie.

Swego czasu, druzgodzące wrażenie zrobiły na mnie przemówienia nieżyjących już dziś: demokraty Roberta Byrda (93 lata) i repiblikanina Storma Thunblota (99 lat). Każdy z nich z ledwością dotarł do mównicy, otworzył kartkę, przeleciał ją niezbyt przytomnym wzrokiem i rozpoczął swoje przemówienie. Nie wiadomo nawet, czy mówił z sensem, bo z gardła wydobywał się niezrozumiały bełkot.

Czy jest szansa na poprawę w tym względzie? Niestety, niewielka i tylko po stronie republikanów.

Dzięki Tea Party zaczynają się wykruszać starzy kongresmeni. No, powiedzmy szczerze: oni się sami nie wykruszają – oni są wykruszani.

Ostatnio w republikańskich prawyborach senator-weteran Richard Lugar przegrał z popieranym przez Tea Party znacznie młodszym (co bynajmniej nie znaczy bardzo młodym) kandydatem.
Senator Lugar to typowy przykład tego, co trzeba zmienić w Kongresie. Trzydzieści pięć lat temu został wybrany do Kongresu, kupił dom pod Waszyngtonem, sprzedał dom w Indianie i tak reprezentował swój stan przez 35 lat. (To prawie jak niegdyś w PRL – na przykład, I sekretarzem PZPR w Gdańsku został tow. Kociołek, który w tym mieście nigdy nie był).

Co skłoniło 80-letniego senatora do walki o kolejną kadencję?

Narkotyk zwany władzą.