Strona główna / Moim zdaniem / Cenzurka półroczna

GP #19, 11 września 2010 r.

Cenzurka półroczna

JAN CZEKAJEWSKI

To, co piszę poniżej, nie jest naukową analizą amerykańskiej gospodarki i systemu politycznego. Są to po prostu obserwacje i przemyślenia na podstawie własnych doświadczeń w trzech krajach: komunistycznym PRL-u, szwedzkiej socjaldemokracji i ponad 40 lat spędzonych w ciągle zmieniających się Stanach Zjednoczonych.

Minęło już z górą pół roku od czasu, kiedy napisałem artykuł pt. „Dokąd zmierzasz, Ameryko?”, w którym wymieniłem kilka podstawowych problemów, z jakimi boryka się mój kraj, Stany Zjednoczone. W swej ocenie nie pomyliłem się. W ciągu następnych sześciu miesięcy niewiele się polepszyło, za to wiele zmieniło się na gorsze. Mimo zapewnień, że kryzys już minął i że „odbiliśmy się od dna”, liczba bezrobotnych ciągle rośnie. Już wtedy, pół roku temu, określiłem bezrobocie jako problem najważniejszy, a dzisiaj jego wagę można tylko potwierdzić. New York Times podaje, że w Ameryce na dzień dzisiejszy wśród całkowitej liczby ponad 14 milionów bezrobotnych aż 1,4 miliona stanowią ci, którzy są bez pracy od ponad 9 miesięcy.

Liczba nowych bezrobotnych, którzy co tydzień zgłaszają się po zapomogę, wynosi około 500 tysięcy. Wielu ludzi jednak zupełnie zrezygnowało z szukania pracy i wypadło z rejestru bezrobotnych, a to oznacza, że skala bezrobocia jest dużo większa niż podają rejestry rządowe. Być może bezrobotni stanowią nie 9,5% a 20% wszystkich pracowników.

Kto jest temu winny?

Jak zwykle w trudnej sytuacji, ludzie szukają odpowiedzialnych za ich marną dolę. Nikt nie chce winić samego siebie. Społeczeństwo amerykańskie przyzwyczaiło się do dostatniego życia, mimo że ten dostatek nie był w pełni uzasadniony.

Za obecną katastrofę nie należy winić – co jest powszechne – jedynie bankierów, związanych wspólnymi interesami z politykami. Partnerem w tym przedsięwzięciu kopania własnego grobu jest także amerykańskie społeczeństwo, otumanione frazesami propagandowymi o naszej mocarstwowości i „demokratycznej” wyższości. Ale zanim rozwinę ten temat, zrobię małą, amatorską dygresję o tym, skąd się bierze wysoka stopa życiowa i dlaczego w jednych krajach ludziom żyje się lepiej, a w drugich – gorzej.

Źródło zamożności społecznej

W przeszłości wysoka stopa życiowa czy zamożność krajów wynikała z monopolu na wiedzę albo źródła produktów naturalnych, takich jak np. ropa naftowa, złoto itp. Ostatnio jednak odkryto, że można utrzymać wysoką stopę życiową przez monopol pieniądza, który w transakcjach międzynarodowych będzie odpowiednikiem złota. Po II wojnie światowej pieniądzem tym, a raczej symbolem wartości, stał się papierowy (ostatnio komputerowy) dolar. Ponieważ był tzw. walutą rezerwową, zapotrzebowanie na niego wzrosło, a Stany Zjednoczone uzyskały możliwość zakupu produktów i usług w innych krajach za dolary mające pokrycie jedynie w iluzorycznej stabilności waluty.

Dla podtrzymania tej iluzji potrzebna jest inna – iluzja potęgi, do roli której świetnie pasuje obraz siły militarnej. Kiedy więc zdolności produkcyjne i konkurencyjność gospodarki amerykańskiej się kurczyły, zaufanie do dolara pozwoliło Ameryce zaciągać zagraniczne pożyczki i utrzymywać wysoką stopę życiową społeczeństwa za pożyczone pieniądze. Przez długi czas metoda ta zdawała egzamin, ku zadowoleniu rządu, nomenklatury (bankierów) i mas. Nie trzeba jednak być geniuszem, aby przewidzieć, że pożyczek nie da się zaciągać w nieskończoność i że pewnego dnia wierzyciele zaczną kwestionować wypłacalność Ameryki. Tak się właśnie stało w czasie obecnego kryzysu, którego początek dopiero widzimy, a którego końca nie można przewidzieć. Rząd amerykański, w panice od roku 2008, powstrzymał wprawdzie na jakiś czas dramatyczną sytuację drukiem pieniędzy, ale nie spróbował zmienić podstawowych zasad funkcjonowania wadliwego systemu. Tym samym ludziom z oligarchii bankowej, winnym kryzysowi, powierzono tłumienie pożaru tego kryzysu.

Powrót do stabilności stał się niemożliwy, gdyż system jest tak zagmatwany, że nikt, łącznie z jego twórcami, nie jest go już w stanie zrozumieć. Nasuwa się zatem wniosek, że kryzys będzie się pogłębiać, a może nawet eksploduje wielkim zamętem w postaci olbrzymiego bezrobocia z wielkimi kosztami społecznymi dla wszystkich obywateli, łącznie z nomenklaturą bankowo-polityczną.

Przesunięcia personalne w przemyśle i ich konsekwencje

Od lat 50. XX wieku wpływ na politykę rządu amerykańskiego zaczęli tracić przemysłowcy, a zyskali go finansiści. W przemyśle wytwórczym ambitni inżynierowie, twórcy jak Thomas Alva Edison, Henry Ford czy Westinghouse, zostali wyparci przez księgowych. Ci z kolei stwierdzili, że amerykański pracownik kosztuje za dużo i bardziej opłaca się produkować w krajach, gdzie zarobki są dużo niższe. Początkowo, w latach 60. i 70., były to kraje Europy Zachodniej, a później Meksyk i Chiny.

Gwoźdź do trumny amerykańskiemu systemowi ekonomicznemu wbili najemni finansiści (ci „najbardziej utalentowani”), którzy przekonali rząd, iż na świecie zapanował system postprzemysłowy, a w związku z tym produkowanie czegokolwiek w Stanach Zjednoczonych nie ma sensu. Ameryka powinna zajmować się liczeniem pieniędzy, ubezpieczaniem innych na wypadek śmierci i wszelkich nieszczęść, podróżować na Karaiby itp. Przekazano Chinom większość produkcji towarów powszechnego użytku i miano się ograniczyć jedynie do opracowania nowych technologii. Zapomniano jednak, chyba z powodu megalomanii, że „inne kraje nie gęsi i swój język (chiński) mają”. Wskutek rozwoju komunikacji zmiany ekonomiczne w innych krajach nabrały przyspieszenia. W początkach XX wieku potrzeba było minimum dziesięciu lat, aby wykształcić precyzyjnego mechanika. Dzisiaj z taką samą precyzją, a na pewno bardziej powtarzalną, jego pracę wykonują roboty.

Kiedy przeniesiono produkcję do krajów o niższych kosztach robocizny, nie przewidziano społecznych konsekwencji tej transformacji, a mianowicie bezrobocia. Kto na tym skorzystał? Czasowo skorzystała amerykańska oligarchia, czyli nomenklatura, która z powodu poczucia swej pseudointelektualnej wyższości nie zauważa, iż kopie własny grób. Jak zwykle w historii, oligarchowie, omamieni poczuciem swojej wyższości, zapomnieli, że są kroplą w morzu społeczeństwa, które okresowo zmiatało ich z powierzchni ziemi (Francja – rok 1792, Rosja – 1917).

Ekstrawagancja nomenklatury

O intelektualnej degeneracji amerykańskiej nomenklatury świadczy kopiowanie zwyczajów arystokracji europejskiej i starania, aby dorównać jej rozrzutnością. Jak kiedyś europejscy arystokraci, tak dzisiaj jej amerykańscy odpowiednicy zakładają rodziny między sobą. Arystokratom chodziło o utrzymanie czystości błękitnej krwi, nomenklaturze amerykańskiej natomiast chodzi o utrzymanie wpływów i fortun. Przykładem tego zjawiska jest małżeństwo i niezwykle kosztowne wesele córki byłego prezydenta Billa Clintona, Chelsea, z młodym bankierem z Golden Sachs, firmy w dużej mierze winnej obecnemu kryzysowi. Młodożeńcem jest Marc Mezvinsky, pochodzący z „zasłużonej” rodzinny polityków i finansistów. Jego ojciec, Edward Mezvinsky, był kongresmenem, bankierem a także kryminalistą winnym defraudacji 10 milionów dolarów, należących do ludzi, którzy mu uwierzyli, iż posiada specjalne wpływy w rządzie prezydenta Clintona. Za swoje przekręty finansowe spędził 5 lat w więzieniu i do roku 2011 pozostaje na wolności warunkowo. Rodzice pana młodego ogłosili bankructwo, kiedy sąd nakazał im zwrot zdefraudowanych pieniędzy.

Media podają, że koszt ślubu i wesela Chelsea Clinton, w mieszanym obrządku protestancko-żydowskim, wyniósł 5 milionów dolarów. Biorąc pod uwagę, że rodzina Clintonów reprezentuje Partię Demokratyczną, walczącą podobno o dobrobyt klas upośledzonych, tego rodzaju ekstrawagancja nie tylko świadczy o przekonaniu o swej wyższości nad plebejuszami, ale także o braku wyobraźni i małostkowości. Rozrzutne wesele młodej Clintonówny daje obraz upadku systemu wartości całej klasy rządzącej Ameryką.

Nomenklatura i system postkapitalistyczny

Określenie „nomenklatura” powstało w Związku Radzieckim. Była to zaufana grupa ludzi, którzy mogli zarządzać państwowymi przedsiębiorstwami, albo zajmować wyższe stanowiska administracyjne. System ten skopiowano w podległych ZSRR krajach „ludowej (czyt.: sowieckiej) demokracji”.

W Stanach Zjednoczonych, uzurpujących sobie prawo do narzucania wzoru systemu kapitalistycznego, powstała podobna do nomenklatury grupa, będąca niepisaną koterią „wtajemniczonych”. Na szczycie owych „wtajemniczonych” znajdują się dyrektorzy instytucji finansowych, ponieważ przemysłu wytwórczego, poza producentami uzbrojenia, praktycznie już nie ma. Podobnie jak w systemie sowieckim nie grozi im bezrobocie. I choć do znużenia ludzie ci w wystąpieniach publicznych szastają słowem „kapitalizm” oraz „wolny rynek”, praktyka pokazuje, że tutajszy system przestał być kapitalistyczny – w takiej formie, w jakiej określił go jego entuzjasta Adam Smith, a później Karol Marks, tego systemu wróg. Wedle Marksa, w kapitalizmie „kapitaliści” są właścicielami środków produkcji i przez sam fakt monopolu posiadania wykorzystują proletariat. W amerykańskim „pseudokapitalizmie” wyzyskiwaczami są często ludzie nie będący właścicielami instytucji, którymi zarządzają, szczególnie instytucji finansowych. To „menadżerowie”, którzy wchodzą w skład nomenklatury. Brak własności jest niezwykle dla nich korzystny, gdyż nawet jeśli popełnią horrendalne błędy, nie tracą swojego majątku. Majątek tracą właściciele. A kim są ci właściciele? W dużej mierze to drobni ciułacze, fundusze ubezpieczeniowe i emeryci.

Ponieważ własność spółek akcyjnych jest niezwykle rozdrobniona, właściciele-akcjonariusze nie mają nic do gadania. Listy kandydatów do rad nadzorczych składają się z kilku osób, o których przeciętnemu akcjonariuszowi nic nie jest wiadomo. Są to listy „kolesiów”, a ich wybór jest, jak w ZSSR, w 99 proc. zapewniony.

Ostatnio, pod wpływem kryzysu, obie izby Kongresu przegłosowały reformę systemu finansowego. Jej przepisy zajęły ponad 2 tysiące stron. Nie sądzę, aby którykolwiek z kongresmenów zapoznał się z całością. Ci „wścibscy”, którzy się potrudzili przeczytać tę ustawę, odkryli, że wprawdzie przewiduje ona możliwość protestu akcjonariuszy, jeśli manadżerowie wypłacają sobie za wysokie premie, ale rady nadzorcze nie są zobowiązane podporządkować się tym protestom. Twórcy tej „reformującej” ustawy najwyraźniej zdawali sobie sprawę, że ich czas na rządowych posadach jest ograniczony i kiedyś będą szukali pracy w bankowości.

Nie jest to zaskakujące, ponieważ amerykańska nomenklatura i rząd siedzą na tej samej karuzeli stanowisk. Prywatni finansiści na jakiś czas zostają ministrami finansów, aby po spełnieniu swego obywatelskiego obowiązku wrócić na bardziej intratne stanowiska w prywatnym systemie finansowym.

System dwupartyjny

Społeczeństwo daje się nabierać, że w Ameryce mamy dwie konkurujące ze sobą partie.

Partia Demokratyczna kreuje się na socjalizującą, dbającą o interesy klasy pracującej, a jej ideologia opiera się na podwyższaniu podatków dla „bogaczy”. Druga partia, Republikańska, uważa się za konserwatywną i głosi, że jej zadaniem jest obniżenie podatków. Połowa wszystkich podatników zarabia rocznie poniżej 30 tysięcy dolarów i dlatego płaci zaledwie 2,8% wszystkich podatków. Dla nich obniżka nie ma żadnego znaczenia. W sumie podniesienie podatków, zalecane przez Partię Demokratyczną, nie może doprowadzić do zrównoważenia budżetu i wyjścia z kryzysu, gdyż zadłużenie państwa i wydatki rządowe są zbyt wielkie, aby amerykańscy podatnicy byli w stanie je pokryć. Partia Republikańska również nie ma programu na wyjście z kryzysu. Zarówno jedna partia, jak i druga uciekają się do desperackiej, krótkowzrocznej polityki pożyczania pieniędzy przez wypuszczanie obligacji pożyczkowych, które głównie, jak na razie, kupują Chińczycy.

W sumie obydwie partie wyrzucają pieniądze podatników w błoto. Przykładem tego są dwie wojny – w Iraku i Afganistanie, których uzasadnienie jako „budowy demokracji i walki z terrorem” już stało się wyświechtanym frazesem, w który mało kto wierzy.

Moje amatorskie, nieproszone rady dla rządu amerykańskiego w celu poprawy sytuacji ekonomicznej są proste, niestety, niemożliwe do wprowadzenia w systemie zrodzonym i osaczonym przez tutajszą nomenklaturę. Ograniczają się do dwu diametralnie różnych pokojowych możliwości z jeszcze jedną – hipotetyczną, apokaliptyczną. Mam na myśli III wojnę światową w celu przetasowania układu sił globalnych. W tej jednak dziedzinie, z powodu braku wojskowego, strategicznego wykształcenia, nie będę ani radzić, ani się wypowiadać.
Pierwszą możliwością jest utrzymanie otwartych granic dla handlu międzynarodowego i koncentracja na produkcji dóbr wysokiej jakości za przystępną, konkurencyjną cenę. Wymagać to będzie wysokich nakładów na badania naukowe i nie gwarantuje natychmiastowych rezultatów.

Drugą radą jest zamknięcie granic dla towarów produkowanych za granicą, poprzez ustanowienie wysokich ceł, co z kolei spowoduje gwałtowne obniżenie stopy życiowej, wskutek braku dostępu do tanich produktów z Azji i Meksyku. Wysokie cła na import pozwolą na odbudowę amerykańskiego przemysłu wytwórczego. Oczywiście, wiele czasu zabierze, zanim odbudowa ta stanie się faktem, gdyż ludzie o koniecznych do tego kwalifikacjach albo już wymarli, albo do nauk inżynierskich się nie garną.

Każda z dwu proponowanych powyżej pokojowych zmian systemowych będzie prowadzić w okresie przejściowym do groźnego wzrostu bezrobocia. Niemniej, jeśli nie wprowadzimy koniecznych, radykalnych zmian, w niedługim czasie możemy spodziewać się fermentu społecznego z katastrofalnymi dla wszystkich konsekwencjami.

Ciekawe, że Niemcy, którzy nie dali się w pełni nabrać na miraż gospodarki postprzemysłowej i wedle ostatnich raportów dają sobie radę lepiej niż Stany Zjednoczone, mają ciągle dodatni bilans w handlu zagranicznym. To dowodzi, że pokojowe rozwiązanie jest ciągle możliwe.

Dr inż. Jan Czekajewski jest członkiem Polskiego Instytutu Naukowego (PIASA) w Nowym Jorku.