Strona główna / Moim zdaniem / Błąd za błędem polskiej dyplomacji

GP #1, 1 stycznia 2011 r.

Błąd za błędem polskiej dyplomacji

JAN CZEKAJEWSKI

Kim ja jestem? Ani politykiem, ani jenerałem, ani profesorem. Po prostu przeciętnym groszorobem o chłopskim pomyślunku, obserwującym od lat ponad 20 niemrawe poczynania polskich polityków starających się zabezpieczyć interesy Polski poprzez nieodwzajemnioną „przyjaźń” ze Stanami Zjednoczonymi. Nie wnikając w szczegóły, postaram się określić źródło popełnianych przez obie strony błędów w sposób, w jaki je widzę.

Otóż według mnie, błędy Polaków w stosunkach z Amerykanami wynikają z zasadniczej różnicy kulturowej i innych systemów wartości. Polacy, mimo 45 lat sowieckiej urawniłowki, zachowali mentalność arystokraty z dużą dozą romantyzmu. Arystokraty być może chodaczkowego, niemniej dumnego. Amerykanie natomiast, którzy nigdy nie mieli własnej arystokracji, utrzymali mentalność kupców i kasjerów (bankierów).

Dla Polaków mówienie o pieniądzach z „przyjacielem”, za którego uznali (bez ich zgody) Amerykanów, jest w złym tonie. Tymczasem Amerykanie oceniają partnera z punktu jego i własnego interesu finansowego. Jasność warunków finansowych jest uważana przez nich za wartościową cechę charakteru i nieodzowny warunek uczciwości, a nie grubiaństwo – odwrotnie do opinii Polaków. W stosunku do przyjaciela Polacy czynią niemrawe gesty przyjaźni ufając, że zrozumie on ich intencje i się odwzajemni, przynajmniej w dwójnasób. Amerykanie o mentalności kupców nie rozumieją cienkich aluzji w postaci „pan wie, a ja rozumiem” i przyjmują polskie gesty jako przykład naiwności albo głupoty.

Dla Amerykanów (rozumiejąc pod tym określeniem rząd amerykański) decyzje winny być poprzedzone twardymi negocjacjami i zakończone wiążącym kontraktem. Oferty, takie jak np. wysłanie polskich wojsk do Iraku bez uprzedniego uzgodnienia warunków, przyjmują jako naiwność albo wynik jakichś ukrytych, niejasnych polskich interesów, których nawet nie próbują zrozumieć.

Wysyłając wojska do Iraku, Polacy spodziewali się dochodowych kontraktów przy odbudowywaniu irackiej armii i tamtejszych pól naftowych. W rzeczywistości kontrakty te dostały się w ręce amerykańskiej firmy Haliburton, bez przetargów. „Być może Amerykanie nie zrozumieli naszych intencji? – myśleli zapewne polscy politycy. – Wyślijmy więc polskie wojsko do Afganistanu.” I co? Ano, pstro! Raz się nabrać to pomyłka. Za drugim razem to głupota.

Z czasów sowieckich Polacy zachowali drugą szkodliwą cechę, która w tamtych czasach satrapii była do pewnego stopnia przydatna, przynajmniej dla namiestników z PZPR. Jest nią usłużność. Niestety, Amerykanie nie znoszą lizusów. Lizusi nie są dla nich partnerami i zazwyczaj – po wykorzystaniu – dostają kopniaka w tyłek. Dla ilustracji pozwolę sobie przypomnieć historię umierającego na raka szacha Iranu Rezę Pachlaviego, któremu w 1979 r.  Stany Zjednoczone odmówiły azylu. Nawet wieloletnia przyjaźń i handel z Izraelem mu nie pomogły. Szach od wielu dziesiątków lat był ostoją amerykańskich interesów na Bliskim Wschodzie, ale kiedy fundamentaliści muzułmańscy przejęli władzę w Iranie, nie tylko spisano go na straty, ale wręcz – umierającego – wyproszono z USA (zmarł w lipcu 1980 r. w Egipcie).

Jeśli Polacy chcą być przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych, winni wykazać się dużą dozą poczucia własnej wartości, a jeśli nie są jej pewni, to przynajmniej powinni kierować się honorem. Mam tu na myśli także sprawę wiz. Odrobina sceptycyzmu przy tym nie zawadzi. Dr Zbigniew Brzeziński, były doradca prezydenta Cartera, w niektórych swych wypowiedziach dawał w tej mierze cenne Polakom wskazówki, wspominając, że solidna przyjaźń polsko-amerykańska polega na wspólnocie interesów i wzajemnym szacunku. Niestety, każdy kolejny rząd polski albo tych wskazówek nie rozumiał, albo sam wiedział lepiej. Podobnie zresztą jak rząd amerykański.