Strona główna / Moim zdaniem / Finansowa kołomyjka w amerykańskiej ekonomii

GP #2, 12 stycznia 2013 r.

Finansowa kołomyjka
w amerykańskiej ekonomii

JAN CZEKAJEWSKI

Amerykański bank centralny (US Federal Reserve) i jej szef Ben Bernanke specjalizują się w wymyślaniu coraz to nowych metod mącenia ludziom w głowie i robienia iluzji, że idzie ku lepszemu. Ba! Nie tylko idzie ku lepszemu, ale Fed (Federal Reserve) ma wręcz niezawodną metodę obniżenia bezrobocia, które oficjalnie wynosi 7,9 proc., a w rzeczywistości jest dwa razy większe, gdyż za bezrobotnych uważa się jedynie te osoby, które aktywnie szukają pracy i pobierają zasiłek. W rzeczywistości część pracowników wykorzystała wszystkie możliwości korzystania z zasiłku i nie znalazła zatrudnienia. Ci jednak nie wchodzą do oficjalnej statystyki. Dodatkowo około 6 proc. osób uprawnionych do pracy jest na rencie inwalidzkiej. W sumie liczba bezrobotnych stanowi około 20 proc., jeśli nie więcej, ludzi w wieku produkcyjnym.

12 grudnia ub.r. Ben Bernanke obwieścił, że dopóki stopień bezrobocia nie spadnie do 6,5 proc., to jego instytucja będzie „drukowała” pieniądze, aby utrzymać stopę procentową na pożyczki blisko zera. Komu tego rodzaju polityka sprzyja? Na pewno nie uczciwym przedsiębiorcom, których firmy generują własny dochód i którzy pożyczek nie potrzebują. Sprzyja natomiast z pewnością bankom, których funkcję Ben Bernanke rozumie doskonale. Dla amerykańskich banków zerowa stopa procentowa to woda na młyn. Bez specjalnego wysiłku otrzymują darmową pożyczkę z banku centralnego i przekazują ją potrzebującym klientom, doliczając sobie kilka, a nawet kilkanaście (jak w wypadku kart kredytowych) procent.

Można podejrzewać, że Bernanke zakłada, iż obniżając stopę procentową na pożyczki zmobilizuje przedsiębiorców do zaciągania pożyczek na produkcję, która spowoduje wzrost zatrudnienia. Również konsumenci, którzy i tak są zapożyczeni powyżej możliwości spłaty, zaciągną kolejne pożyczki i ruszą hurmem do sklepów, by nabywać produkty, nie bacząc na metkę, made in China.

Ben Bernanke zapomina, że w USA mamy szczątkową produkcję dla celów cywilnych, w związku z czym wzrost popytu na produkty konsumpcyjne tylko marginesowo może spowodować wzrost zatrudnienia w postaci nisko płatnych etatów ekspedientów, fryzjerów i czyścicieli butów, a nie lepiej płatnych pracowników fabryk, które już przeniosły się do Chin.

No, a jak wygląda kwestia „darmowych” pożyczek oczami drobnego przedsiębiorcy, jakim jestem ja?

Kiedy przejechałem do Stanów Zjednoczonych 40 lat temu i złożyłem pierwsze zeznanie podatkowe, byłem zdziwiony, że mógłbym odliczyć koszty pożyczki od dochodu. Niestety, jakiejkolwiek pożyczki nie miałem, gdyż żaden bank nie chciał mi jej dać z powodu braku amerykańskiego obywatelstwa i nieruchomości jako zabezpieczenia. Musiałem opierać się na własnych skromnych oszczędnościach, co z perspektywy 40 lat okazało się moim zbawieniem. Załóżmy zatem, że pieniądze, o jakich mówi prezes Bernanke byłyby dzisiaj dla mnie dostępne. Czy wziąłbym pożyczkę na milion dolarów nawet z zerowym oprocentowaniem? Bynajmniej. Pożyczka nie jest darowizną i przyjdzie czas na jej spłatę. Pożyczając pieniądze, należy zakładać, że firma podejmująca takie zobowiązanie ma pewność, iż wyprodukuje konkurencyjny produkt i sprzeda go z zyskiem, który pokryje wszelkie koszty własne. A co się stanie, jeśli Chińczycy wejdą na rynek z podobnym produktem o połowę tańszym? Wówczas, niestety, moja inwestycja pokryta przez pożyczkę stanie się bezużyteczna i nawet obniżenie ceny produktów o połowę nie uchroni mnie od bankructwa. Na szczęście, w dzisiejszych czasach bankruci nie są wysyłani do więzień dla dłużników, tak dobrze opisanych przez pisarza okresu wiktoriańskiego Karola Dickensa.

Jeśli zaś chodzi o wielkie banki, to one nie muszą się martwić o dochód, gdyż są „za duże, aby upaść”. O ich wypłacalność zadba rząd, czyli prezes US Federal Reserve, Ben Bernanke. No, a kto wtedy pokryje ich dług? Ano nikt inny tylko my, podatnicy. Obniżenie stopy procentowej do zera, szczególnie dla banków, jest jak narkotyk, który wciąga, uzależnia i w gruncie rzeczy rujnuje podatników.

Zachodzi więc pytanie, dlaczego drukujemy pieniądze bez pokrycia na bezproduktywną działalność. Może jesteśmy w podobnej sytuacji jak zapomniana już cywilizacja na Wyspie Wielkanocnej, charakteryzująca się prymitywnymi monumentami sylwetek ludzkich, zwanymi Maoi, których znaczenia do dzisiaj nie znamy? Archeologowie spekulują, iż ówczesny król czy kapłan nakazał mieszkańcom tej wyspy, pod jakimś religijnym pretekstem, wykonywać tę żmudną prace, aby odwrócić ich uwagę od rosnącego fermentu społecznego. Podobno „wyrzeźbienie” jednego z tych monumentów, ważących kilkadziesiąt ton, trwało rok. Być może, taka metoda zatrudniania mieszkańców na Wyspie Wielkanocnej miała swój sens na krótką metę, w każdym razie w interesie kapłanów. W konsekwencji jednak stało się coś, czego kapłani nie byli w stanie przewidzieć. Wyspa porośnięta palmami została z nich ogołocona w trakcie „budowy” bezsensownych monumentów Maoi. Zdesperowana ludność, której liczba przekroczyła warunki konieczne dla jej wyspiarskiej egzystencji, rzuciła się sobie nawzajem do gardeł. Podobno zapanował na wyspie kanibalizm.

Czy nasza dzisiejsza polityka pieniężna nie ma podobnego celu? Rzeczywiście, ludzie w Stanach Zjednoczonych będą zajęci bzdurnymi zajęciami, nie tworzącymi dochodu, ale nie będą sobie zdawać sprawy, że ich zajęcie na dłuższą metę jest bezsensowne. Oczywiście do czasu, kiedy zaczną być głodni albo będzie im zimno. Wtedy nasza cywilizacja się załamie i mam nadzieję, nie skończy się kanibalizmem jak na Wyspie Wielkanocnej.

Powracając do polityki pieniężnej Bernankego, odnosi się wrażenie, że prezes, który swe ekonomiczne ostrogi otrzymał wykładając na szeregu renomowanych uniwersytetów, razem z nominacją na „najwyższego kapłana” US Federal Reserve dostał do ręki zabawkę w postaci stóp procentowych od pożyczek. Ponieważ Bernanke nigdy nie był przedsiębiorcą, wydaje mu się, iż cały przemysł amerykański, a może i światowy, powinien opierać się na pieniądzach pożyczonych z banków. A jeśli są od tego wyjątki, to jest to zjawisko aspołeczne, które należy napiętnować. Oczywiście banki, wedle Bena Bernankego, nie potrzebują pieniędzy oszczędzających obywateli, gdyż tylko aspołeczne jednostki trzymają oszczędności w bankach.

Jest to filozofia, która stoi w sprzeczności z protestancką przezornością i oszczędnością, stojących u podstaw sukcesu Stanów Zjednoczonych w ubiegłych stuleciach. Takich gagatków jak na przykład oszczędnych emerytów Ben Bernanke „ukarze” zerowym dochodem od oszczędności.

Prezes Bernanke zagwarantował bankom dochody i egzystencję na wiele lat, do czasu, kiedy bezrobocie spadnie do magicznej liczby 6,5 proc., czyli wiecznie. No, a co ja bym powiedział Benowi Bernankemu, gdyby zwrócił się do mnie z prośbą o radę? Powiedziałbym: „Panie Bernanke, jeśli Pan nie wie, co robić, najlepiej nic nie robić!”.

Igranie z pieniądzem jest niebezpieczną grą. Włodzimierz Iljicz Lenin, twórca sowieckiego komunizmu, powiedział: „Najlepszą metodą destrukcji systemu kapitalistycznego jest zniszczenie zaufania do jego pieniądza”. Nie przypuszczam, aby Ben Bernanke pragnął destrukcji systemu, który go karmi i hołubi. Być może, jest on po prostu ofiarą iluzji, wspólnej wielu uniwersyteckim autorytetom w dziedzinie ekonomii, że ich profesorska pozycja wymaga, aby biznesmeni tworzący nowe miejsca pracy chylili przed nimi pokornie swe czoła.