Strona główna / Moim zdaniem / Na skraju przepaści – iluzja poprawy

GP #3, 26 stycznia 2013 r.

Na skraju przepaści – iluzja poprawy

JAN CZEKAJEWSKI

Kryzys, który zaczął się w roku 2008 w USA, zapoczątkowany przez „bańkę nieruchomości”, rozszerzył się na banki i przeniósł do Europy. Blady strach padł na naszą klasę rządzącą, która stara się jak może przekonać obywateli, że z nowym rokiem 2013 idzie na lepsze. Prezydent Obama przekomarzał się z przywódcami dwu partii, demokratycznej i republikańskiej, komu podnieść podatki, a komu obciąć dotacje. W konsekwencji podniesiono podatki grupie zarabiającej więcej niż $450 tys., co spotkało się z aplauzem wszystkich tych, którzy zazdroszczą milionerom, ale nie obcięto dotacji ani nie podniesiono podatków dla grupy średnio zarabiających, którzy tworzą około 48 proc. podatników.

Należy przypomnieć, że z grubsza 2 proc. amerykańskiego społeczeństwa to „milionerzy”, 48 proc. to przeciętni podatnicy, a poniżej około 50 proc. to ludzie, którzy żadnych podatków legalnie nie płacą, bo zarabiają albo zbyt mało, albo mają różnego rodzaju odliczenia.

Oczywiście, ci, którzy podatków nie płacą, a jednocześnie pobierają świadczenia rządowe, są jak najbardziej zainteresowani tym, aby ci, którzy płacą, płacili jak najwięcej. Najlepiej byłoby, aby więcej podatków płacili milionerzy.

Milionerów ostatnio nikt nie lubi, a szczególnie nie lubi ich prezydent Obama, który sam też nie zalicza się do biednych. Jego majątek powiększył się o 800 proc. w ciągu czterech lat prezydentury, z $1,3 miliona do $11,8 miliona. Niestety, nawet jeśli skonfiskujemy milionerom ich całkowite dochody, to pokryje to wydatki rządowe przez około sześć miesięcy. Po prostu za mało mamy przebrzydłych milionerów.

Budżet rządowy składa się w uproszczeniu z trzech elementów: A – wydatków rządowych, w które wchodzi miedzy innymi spłata procentów od długów zaciągniętych na przestrzeni ubiegłych lat, B – dochodów w postaci podatków i C –  „dochodów”, a raczej nowych długów, ze sprzedaży obligacji pożyczkowych lub po prostu z „drukowania” pieniędzy. W normalnym rozrachunku wydatki rządowe, czyli koszty A, winny być pokryte przez podatki. Jeśli jednak wydatki rządowe przekraczają dochody z podatków, wtedy rząd ucieka się do dalszego pożyczania, przez emisję dalszych obligacji, co prowadzi do dalszego zadłużenia.

W sumie z roku na rok narasta nam garb zadłużenia, którego spłacenie jest praktycznie niemożliwe. W chwili obecnej nasz dług przeliczony na każdego obywatela, łącznie z dziećmi i starcami, stanowi $53,378 – a zadłużenie naszego kraju rośnie w tempie $3,86 miliarda dziennie. W prasie dużo się pisze o zadłużeniu Grecji, której grozi bankructwo. Okazuje się, że nasz amerykański dług w przeliczeniu na jednego obywatela jest o 35 proc. większy niż Grecji.

Czy decyzje, jakie zapadły w ostatnim dniu roku 2012, uratowały nasz kraj od zapaści, albo przepaści? Bynajmniej! Na razie decyzje te tylko odłożyły kolejną przepychankę, która odbędzie się za trzy miesiące, a której tematem będzie, komu jeszcze podnieść podatki, a komu obniżyć świadczenia. Najbardziej prawdopodobne jest, że problem, tak jak pusta puszka po coca-coli, zostanie kopnięty dalej, a rząd, aby zapłacić za wojnę z terrorem, medicare, medicaide i inne świadczenia, wydrukuje więcej obligacji i sprzeda je Chińczykom.

Jak długo tego rodzaju polityka „drukowania” pieniędzy bez pokrycia jest możliwa – trudno zgadnąć. A co się stanie, jeśli Chińczycy zażądają zwrotu długów? Może z dnia na dzień zdewaluujemy dolara? Może nasza potężna armia i flota zmuszą Chińczyków do dalszych zakupów w gruncie rzeczy bezwartościowych papierów? Wątpliwe. Polityka pod tytułem: „kup pan cegłę” nie jest możliwa bez konfrontacji z rosnącą potęgą, jaką są Chiny. Naiwny mógłby radzić prezydentowi i Kongresowi, że należy powiedzieć narodowi amerykańskiemu smutną prawdę, iż musi żyć (wydawać) wedle swoich dochodów. Należy przypuszczać, że taka sugestia wywołałaby rozruchy w kraju na miarę tych po podniesieniu cen na kiełbasę w PRL-u. Na kanwie takich rozruchów mógłby wypłynąć nowy przywódca, „gwarantujący” wszystkim równość, dobrobyt, no i oczywiście 50-calowy płaski TV (made in China) oraz złoty, 18-karatowy łańcuch na szyję, na resztę XXI wieku. My, polscy emigranci, znaliśmy takich dwu „dobroczyńców” – Stalina i Hitlera. Niech więc Bóg nas chroni od takiego rozwoju sytuacji.

A może by tak komuś wydać wojnę? Na przykład w celu wyzwolenia uciskanych ludzi, którym tyrani zabraniają pić piwa? Najlepiej jakiemuś odległemu krajowi bez bomby atomowej. Metoda już od dawna wielokrotnie sprawdzona, zarówno u nas, jak i w byłym „Kraju Walki o Pokój i Demokrację”, czyli ZSRR. To ostatnie rozwiązanie wydaje się najbardziej bezpieczne i z pewnością Chińczycy taką wojnę, tak jak i uprzednie, na pewno sfinansują, a społeczeństwo amerykańskie entuzjastycznie poprze.