Strona główna / Moim zdaniem / Dokąd zmierzasz, Ameryko?

GP #6, 13 marca 2010 r.

Dokąd zmierzasz, Ameryko?

JAN CZEKAJEWSKI

Zapytają Państwo, jakie mam prawo do wyrażania krytycznych opinii o wielkim kraju, jedynym mocarstwie globalnym XXI wieku, jakim są Stany Zjednoczone? Nie jestem przecież politykiem, doradcą prezydentów, politologiem, biskupem ani rabinem. Ale może właśnie fakt, iż nie jestem tzw. „autorytetem”, pozwala mi jaśniej widzieć sytuację, w jakiej znalazły się USA, gdyż całości obrazu nie zaciemniają mi detale, do których nie mam dostępu.

Jestem kapitalistą starego typu, który wierzy, że pieniądze zarabia się a nie pożycza, i że dochód jest wytworem pracy rąk i umysłu, a nie przelewania z pustego w próżne. Niestety, współczesna amerykańska gospodarka daleko odstaje od tego modelu. Jedyne, co w niej z kapitalizmu pozostało, to nazwa.

Zawiedzione nadzieje

Minął pierwszy rok rządów prezydenta Obamy. Entuzjazm, z jakim podchodziła do niego amerykańska młodzież, osłabł. Cudem byłoby, gdyby go na ten urząd wybrano ponownie. Muszę przyznać jednak, że i ja – kiedyś oddany konserwatysta – głosowałem na Obamę, przedstawiciela Partii Demokratycznej, gdyż było dla mnie jasne, że dwie kadencje G.W. Busha doprowadziły ten kraj do ruiny; głównie za sprawą wojen w Iraku i Afganistanie (właściwie przegranych), do których parli agresywni neokonserwatyści będący w otoczeniu prezydenta. Plany tych wojen zostały spreparowane na długo przed ich wypowiedzeniem. Spodziewałem się, na równi z milionami innych obywateli, że wybór Obamy wymusi zmianę kierunku w amerykańskiej polityce. Niestety, wątpliwości co do tego pojawiły się już w pierwszym miesiącu jego rządów. Obama zaczął otaczać się tymi samymi ludźmi, którzy doprowadzili do krachu ekonomicznego nie tylko w USA, ale i na świecie, a ponadto funkcję sekretarza stanu powierzył Hillary Clinton, która wcześniej entuzjastycznie przyklaskiwała polityce militarnej agresji, eufeministycznie zwanej „obroną z wyprzedzeniem”.

Bankierzy

Powodów obecnego krachu gospodarczego pojawiają się w mediach setki. Jednym z nich jest brak finansowego nadzoru nad oligarchami, czyli bankierami.

Skonfrontujmy ten przykład z rzeczywistością. Bankierzy nie pojawili się dzisiaj ani wczoraj, a obecny krach nie jest winą li tylko ostatniej generacji finansowych „talentów”. Wpływy ich rosły przez wiele lat, a ich syreni głos uwodził kolejne rządy – tak demokratyczne, jak i republikańskie – być może już od czasów prezydenta Kennedy’ego, który popierał globalizację i walczył o zniesienie ceł. Trudno się było oprzeć ich argumentacji, która łechtała próżność Amerykanów: nie jesteśmy stworzeni do pracy umorusanymi rękoma, mamy najwyższy stopień inteligencji, będziemy zarządzać światem poprzez system bankowych powiązań, zainwestujemy pożyczone pieniądze w krajach o taniej sile roboczej, a zyski spłyną do nas bez specjalnego wysiłku. Internet ułatwił i potwierdził możliwość takiej koncepcji.

Niemcy uważali się kiedyś za naród panów. Podobny zarzut można postawić kolejnym amerykańskim administracjom. Idea ta kosztowała Niemcy 8 milionów zabitych własnych obywateli, plus 50 milionów obywateli innych krajów, uśmierconych przez hitlerowską maszynę wojenną. Koszt koncepcji narodu panów dla Ameryki ciągle czeka na podliczenie, jako że problem jest nadal w toku.

Nomenklatura

Swego czasu, hitlerowcy przedstawiali amerykańskich bankierów jako pejsatych Żydów siedzących na workach złota i palących grube cygara. Karykatura ta z drobnymi zmianami powielana była później przez Sowietów. Dzisiejsza prawda jest już zupełnie inna: bankierami nie są bogaci właściciele banków. Ich miejsce zajęli absolwenci amerykańskich szkół biznesu, będący tylko najemnymi urzędnikami, w gruncie rzeczy proletariuszami. Ci z „górnej półki” natomiast stanowią nic innego jak tylko amerykańską nomenklaturę – są to ludzie, którzy raz wyznaczeni do roli finansowych geniuszy, nigdy nie mogą spaść z tej pozycji. Czasy i rządy mogą się zmieniać, a nomenklatura jest zawsze gotowa służyć nowej władzy. Jest za to sowicie wynagradzana – wielomilionowymi, jeśli nie miliardowymi wręcz premiami.

Nomenklatura bankierów oszukuje akcjonariuszy, czyli kapitalistów, przez wypłacanie sobie horrendalnych uposażeń w momencie, kiedy ich banki plajtują. W Ameryce mamy marksizm postawiony na głowie: proletariusze-bankierzy wykorzystują kapitalistów! W ich świetle pazerność byłych komunistycznych sekretarzy najzwyczajniej blednie.

Jeśli zirytowani akcjonariusze (kapitaliści) bankrutujących korporacji próbują ukrócić te uposażenia, wtedy podnosi się krzyk, że ich banki mogą stracić wielkie talenty. Ale co to za talenty, jeśli nie przewidziały katastrofy ekonomicznej wynikającej z udzielania pożyczek tym, którzy (co było z góry wiadome) nie mogli ich spłacić, albo tworzenia skomplikowanych „produktów finansowych”, handlowanie którymi zakrawa na oszustwo?

Oto kwiatek z finansowego ogródka: 13 stycznia br. w Kongresie USA przed specjalną Komisją ds. Kryzysu odbyło się przesłuchanie prezesów czterech wielkich banków odpowiedzialnych za załamanie się amerykańskiego systemu finansowego w roku 2009. W czasie przesłuchania, przewodniczący panelu Phil Angelides powiedział prezesowi Goldman Sachs, Lloydowi C. Blankfeinowi, że moralność jego banku można porównać do moralności sprzedawcy samochodów z uszkodzonymi hamulcami, który będąc pewnym śmierci nabywców, jednocześnie kupuje ubezpieczenie na ich życie. W tym konkretnym przypadku chodziło o sprzedaż drobnym inwestorom długów hipotecznych, o których bank wiedział, że są bezwartościowe, z jednoczesnym inwestowaniem własnych pieniędzy w ubezpieczenia na wypadek bankructwa tych inwestorów. Po załamaniu się rynku nieruchomości, firma Goldman Sachs zarobiła na tej operacji niebywałą fortunę i podzieliła się nią w postaci premii ze swymi pracownikami z „górnej półki”.

Nomenklatura finansowa i korporacyjna okazyjnie wymienia swe stołki z nomenklaturą rządową – zajmuje poczesne stanowiska w administracji, by wrócić do banków, kiedy ich zadania w rządzie się skończą, albo się tam skompromitują. Przykładem może być Paul Wolfowitz, wiceminister obrony w rządzie G.W. Busha, architekt wojny w Iraku. Za „zasługi” Bush zrobił z niego prezesa Banku Światowego, ale Wolfowitz szybko się tam skompromitował, zatrudniając swą przyjaciółkę, Shahę Rizę, z pensją przekraczającą poziom przyzwoitości. Członkowie Banku Światowego nie mogli znieść jego impertynencji, co nie znaczy, że został bezrobotny. Jest teraz profesorem wizytującym w American Enterprice Institute, zwanym Zbiornikiem Myśli (Thinktank), gdzie „konserwuje” się takich jakich on dla późniejszego wykorzystania. Poza tym zajmuje się walką z głodem w Afryce i konsultuje z Tajwanem na temat rozwoju amerykańskiego biznesu. Nawiasem mówiąc, w latach 2002-2005 polski polityk Radek Sikorski był członkiem tego samego Instytutu.

Problem podstawowy – bezrobocie

W wydaniu z 9-10 stycznia br., dziennik międzynarodowej finansjery Financial Times podał grubym drukiem: „USA pod uderzeniem 85 tysięcy nowych bezrobotnych”. Tymczasem prasa i telewizja amerykańska donoszą coś zupełnie innego. A to, że „już odbiliśmy się od dna kryzysu”, a to, że „zmniejsza się szybkość wzrostu bezrobocia”. Rząd używa wszelkich tricków, aby rozmyć tragiczny obraz sytuacji. Jedną z metod fałszowania rzeczywistego stanu bezrobocia jest sposób jego kalkulacji. Do bezrobotnych zalicza się jedynie tych, którzy pobierają zasiłek i aktywnie szukają pracy. Oficjalne statystyki podają więc, że jest 10 proc. bezrobotnych, po doliczeniu jednak osób, które przestały szukać pracy albo zatrudnione są jedynie czasowo, liczba ta urasta do 17 proc.

Financial Times podaje, że w grudniu ub.r. 661 tys. Amerykanów zrezygnowało z szukania pracy, gdyż stracili nadzieję na jej znalezienie. Ludzie ci nie wliczani są do statystyki bezrobotnych. Ocenę gazety potwierdzają moje własne obserwacje z bliskiego otoczenia. Bezrobocie stało się podstawową bolączką Ameryki i odsuwa na dalszy plan inne problemy; nawet gloryfikowaną, chroniczną „wojnę z terrorem”.

Korupcja

Prasa i rząd amerykański trąbią wszem i wobec, że walczą z korupcją. Hillary Clinton jeździ po świecie i sprzedaje receptę na korupcyjne antidotum. Jej receptą jest demokratyczny system dwupartyjny. Rzecz polega na tym, że oligarchia polityczno-finansowa Ameryki wypracowała sobie niezawodną metodę kontroli krajów „demokratycznych” nie skorumpowanych, czyli przestrzegających litery prawa.

Mało kto zauważa, że litera prawa w krajach tzw. demokratycznych jest ustalana przez nomenklaturę i dla nomenklatury. Oczywiście, ich działalność nie jest „skorumpowana”, gdyż odbywa się zgodnie z prawem. Tak zresztą było od stuleci, aczkolwiek w feudalizmie czy nawet komunizmie dla społeczeństwa było jasne, iż klasy wyższe, włącznie z wierchuszką partyjną, mają inne – lepsze – uprawnienia.

Rozdzieranie szat nad korupcją marionetkowych rządów w Afganistanie i Iraku zakrawa więc na szyderstwo. Społeczeństwa tych krajów od stuleci rządziły się metodami feudalnymi i szczepowymi, które są niezrozumiałe dla amerykańskich „specjalistów” od ustawiania wasalnych rządów. Po prostu nie udaje się ich wcisnąć w amerykański kaftan bezpieczeństwa. Dla porównania, metody sowieckie, oparte na pseudoideologii bratnich partii komunistycznych, były dużo bardziej efektywne we wschodniej Europie niż na innych kontynentach, chociaż (na szczęście) wszędzie zawiodły.

Wolność słowa

Wolność słowa została zapisana w amerykańskiej konstytucji i niezwykle trudno ją z niej wykreślić, chociaż kolejne rządy i wpływowe grupy usilnie starają się ją ograniczyć pod przykrywką walki z pornografią, mową „nienawistną”, rasizmem, ksenofobią czy antysemityzmem. Ograniczenie wolności słowa jest w interesie zarówno rządu, jak i lobbystów, którzy poprzez monopolizację mediów zawężają dyskusję do tematów im wygodnych i dla nich korzystnych. Pojawił się jednak czynnik, który niezwykle trudno jest poddać kontroli: Internet. Umożliwia on w zasadzie nieograniczony dostęp do wiadomości z całego świata, dodatkowo ułatwiony przez automatyczne tłumaczenia z jednego języka na drugi. W gruncie rzeczy Internet w dużej mierze zniweczył inwestycję grup rządzących w media, a w każdym razie znacznie ograniczył ich wpływ. Ciągle wzrastająca popularność Internetu jako metody przekazywania informacji politycznej zagroziła także kontroli rządów nad umysłami kierowanych przez nich społeczeństw. (Zjawisko to można porównać do tego, gdy wynalezienie druku odebrało monopol słowa pisanego Kościołowi i podległym mu instytucjom.)

Dlaczego więc agenci poprawności politycznej nie rekwirują nam komputerów w nocnych rewizjach? Chyba dlatego, że większość amerykańskich wyborców jest jednak zbyt leniwa, aby dogłębnie korzystać z Internetu i ogranicza się do śledzenia telewizji. Jak długo przeciętny Amerykanin spędza 5 godzin dziennie przed telewizorem, oglądając sport lub opery mydlane, tak długo wąska grupa politycznych rebeliantów czerpiących informacje z Internetu może być ignorowana i tymczasowo cieszyć się wolnością słowa. Sytuacja może się radykalnie zmienić, jeśli procent bezrobotnych przekroczy masę krytyczną i głodni bezrobotni zaczną palić domy tych, którzy ciągle pracują.

Przemysł amerykański

W statystykach przemysł wytwórczy stanowi 14 proc. Produktu Narodowego Brutto (PNB) i zatrudnia 11  proc. wszystkich pracowników. Udział usług różnego rodzaju – jak bankowość, ubezpieczenia, restauracje, szpitalnictwo i usługi rządowe – stanowi 80 proc. PNB. Z 14 proc. udziału przemysłu wytwórczego 80 proc. stanowi udział przemysłu zbrojeniowego. Z tego wynika, że udział produkcji dóbr cywilnego użytku stanowi około 2,4 proc. PNB.

Skąd więc bierze się zatłoczenie sklepów obfitością towarów? Z importu, głównie z Chin. Jak za to płacimy? Ano, płacimy papierowymi dolarami, za które Chińczycy kupują nasze obligacje pożyczkowe. Wszyscy udają, że taki iluzoryczny biznes może trwać w nieskończoność, aczkolwiek wiadomo, że dni jego są policzone i bieżący kryzys jest jedynie przedwiośniem wielkiej katastrofy. Eksport pracy do krajów trzeciego świata, Chin i Meksyku spowodował w USA rosnące bezrobocie, ponieważ bezrobocie w produkcji przenosi się na bezrobocie w usługach.

Wojsko

Kto zyskał na bezrobociu? Zyskało wojsko najemne, bowiem brak pracy spowodował napływ młodych ludzi w szeregi militarne jako jedynej alternatywy. Najemne wojsko ma tę zaletę polityczną, że rząd nie musi liczyć się z opinią społeczeństwa przy organizowaniu kolejnych wojen „prewencyjnych” na świecie. Natomiast przy armii opartej na powszechnym obowiązku wojskowym, rząd mógłby spotkać się ze społeczną opozycją, gdyby wysyłał żołnierzy na awanturnicze eskapady, których wartość trudno wytłumaczyć.

The New York Times opublikował ostatnio wielkie ogłoszenie Gwardii Narodowej, w którym obok zdjęcia umundurowanego młodego mężczyzny i kobiety napisano: „Gdziekolwiek interesy Ameryki są zagrożone, Gwardia Narodowa ciężko pracuje”. Według oryginalnych założeń, Gwardia Narodowa miała zajmować się bezpieczeństwem wewnętrznym kraju, a także interwencją w wypadku katastrof naturalnych. Dzisiaj zatarła się różnica między regularną armią i Gwardią Narodową – ta ostatnia także walczy w Afganistanie i Iraku.

Ciekawe jest jednak użycie słowa „interesy” w tym ogłoszeniu. Jego autorzy niechcący powiedzieli nieprzyzwoitą prawdę, że nie chodzi tu o bezpieczeństwo ani wolność Ameryki, ale o jej partykularne interesy. Mimo wielkich ogłoszeń i wielkiego bezrobocia, Ameryka ciągle nie ma wystarczająco dużo żołnierzy, aby spełnić swoje globalne ambicje. Wynajmuje się zatem kontraktowych najemników, którym dobrze się płaci, poprzez specjalizujące się w rekrutacji firmy „ochroniarskie”.

Ciekawe, jak długo będzie można rozszerzać sferę amerykańskich „interesów” bez powrotu do powszechnej, obowiązkowej rekrutacji?

Kredyty

Amerykańskie media a także politycy, łącznie z prezydentem Obamą, nawołują banki do udostępnienia kredytów dla przemysłu wielkiego i drobnego. Mają one być lekarstwem na wszystkie gospodarcze bolączki. Ludziom już tak wyprano umysły, iż nie wyobrażają sobie, że pieniądze można zarabiać bez szczudła kredytu.

Zarówno rząd, jak i media zapomnieli, na czym polega system kapitalistyczny. Może Lenin miał rację twierdząc, że poprzez konsolidację kapitalizm przestał działać wedle założeń swych twórców i filozofów, jak Adam Smith.

Konkluzja

Moja krytyczna opinia nie wynika z osobistych uprzedzeń do Stanów Zjednoczonych. Żyję w tym kraju dłużej niż żyłem w jakimkolwiek innym, a jego dobro leży mi głęboko na sercu. Zależy mi na utrzymaniu jego wielkości i przyzwoitości w opinii świata oraz przyszłych pokoleń. Zjawisko megalomanii, które ostatnio obserwuję w polityce amerykańskiej, nigdy nikomu nie wyszło na dobre. Miejmy nadzieję, że ten destrukcyjny trend zostanie na czas zatrzymany i że dalszy wzrost mego kraju odbywać się znów będzie na zdrowych kapitalistycznych zasadach.

Dr inż. Jan Czekajewski jest członkiem Polskiego Instytutu Naukowego (PIASA) w Nowym Jorku.