Strona główna / Moim zdaniem / Ameryka w kryzysie nadkonsumpcji

GP #8, 7 kwietnia 2012 r.

Ameryka w kryzysie nadkonsumpcji

JAN CZEKAJEWSKI

W przeszłości, jeszcze w Polsce, uczono mnie w szkole, że wedle marksistowskiej teorii, kryzysy w kapitalizmie są spowodowane nadprodukcją. To sformułowanie kupili nawet teoretycy kapitalizmu, którzy uważali, że kryzys jest naturalną częścią systemu i zezwala na automatyczną korektę. W miarę upływu czasu nadprodukcja zostaje skonsumowana i ekonomia wraca do normalnego wzrostu.

Niestety, obecny kryzys, który przewidziałem na kilka miesięcy przed jego początkiem w roku 2008, ma inny charakter. Cechuje go nadmierna konsumpcja materiałów, domów i usług kupowanych za pożyczki bez pokrycia. Na dodatek produkcja produktów konsumpcyjnych, z wyjątkiem nieruchomości, nie odbywa się w Ameryce, ale głównie w Chinach, powiększając przez to nasz deficyt w handlu zagranicznym. Jest to błąd podobny do błędu wieśniaka, który zamiast zachować ziarno na siew, zjada je zaraz po zbiorach. Błędna, jeśli nie wręcz idiotyczna, była polityka byłego prezydenta W.G. Busha, który próbował ratować kraj pogrążający się w kryzysie poprzez darowiznę $800 dla każdego obywatela w celu stymulowania ekonomii. Oczywiście, obywatele pospieszyli z tymi pieniędzmi do supermarketów i zaczęli kupować płaskie telewizory robione w Chinach.

Zmiana prezydenta nie poprawiła sytuacji. Nowy prezydent, Obama, otoczył się tymi sami ludźmi z ekipy Busha, którzy wierzyli święcie w stary system oparty na łatwym kredycie. Ich radą było utrzymać istniejący system bankowy i stymulować kredyty na dobra konsumpcyjne, do których zaliczają się także nieruchomości i zakupy na karty kredytowe. Doradcy prezydenta byli podobni do nomenklatury sowieckiej, która cieszyła się zaufaniem partii komunistycznej. Jedni i drudzy utwierdzali się we własnej słuszności. Natomiast w prasie słychać było narzekania finansowych mędrców, że obniżenie zarobków nomenklatury bankowej spowoduje utratę „talentów” i ich odpływ do Europy. Wtedy jeszcze nie wiedziano, ze Unia Europejska ma ten sam problem, jaki ma Ameryka, spowodowany przez własnych utalentowanych mędrców bankowych, którym grunt pali się pod nogami i nie ma wielu miejsc, do których mogą uciekać ze swymi „talentami”.

Tutaj chciałbym wyjaśnić użycie słowa „nomenklatura”. Otóż krytycy obozu socjalistycznego winą za upadek systemu socjalistycznego obarczali sowiecką nomenklaturę. Okazuje się, że to samo słowo pasuje jak ulał do systemu tak zwanej „rozwiniętej demokracji”, czyli do USA i krajów do tej demokracji aspirujących. Sowiecki model nomenklatury polegał na wybranej grupie zaufanych pracowników aparatu partyjnego, którzy byli pod specjalną ochroną. W systemie komunistycznym nie byli oni właścicielami przedsiębiorstw, jakimi zarządzali, jednak cieszyli się przywilejami w postaci rządowych limuzyn, willi i wakacji na Krymie lub w Bułgarii. W systemie „najbardziej rozwiniętej demokracji”, jak lubią nazywać system amerykański jego wielbiciele, nomenklaturę amerykańską stanowią bankierzy i menedżerowie wielkich międzynarodowych korporacji. Oni także nie są właścicielami swoich banków lub przedsiębiorstw, ale nimi zarządzają wedle cichej umowy, dzięki której zawsze zarabiają pieniądze, nawet jeśli ich przedsiębiorstwa plajtują. Członkowie amerykańskiej nomenklatury mają zwykle zapisane w kontraktach tak zwane „złote spadochrony”, które zmuszają przedsiębiorstwa do wypłaty im umownych kar, idących w miliony dolarów, na wypadek, gdyby przedsiębiorstwo chciało się ich pozbyć. Na ogół dochody przedsiębiorstwa, albo ich brak, podobnie jak w systemie sowieckim nie mają decydującego wpływu na pozycję nomenklatury czy premie. Kiedy w XVII w. w związku z rozwojem kolonializmu i związanych z tym ryzykownych podróży oceanicznych wymyślono system spółki akcyjnej z ograniczoną odpowiedzialnością (korporacji), takie korporacje zabezpieczały inwestorów od strat spowodowanych przez zatopienie jednego albo wielu żaglowców. Korporacje kontrolowali akcjonariusze, których było niewielu. Oni mieli wpływ na wynagrodzenia kapitanów i załogi. Od tego czasu upłynęło już 350 lat i spółki akcyjne rozrosły się poza zamierzoną miarę. Liczba akcjonariuszy w wielkich międzynarodowych spółkach akcyjnych liczy się na setki tysięcy i często akcjonariuszami nie są osoby indywidualne, ale przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe i fundusze emerytalne. Dobór zarządu, czyli nomenklatury przedsiębiorstwa, spada na barki wąskiej grupy ludzi, tak zwanej rady nadzorczej, która sama w sobie jest częścią nomenklatury.

W praktyce zatem nomenklatura sowiecka nie różni się wiele od amerykańskiej z wyjątkiem dochodów. Dochody nomenklatury amerykańskiej przewyższają tysiąckrotnie dochody nomenklatury sowieckiej. Nadmierna konsumpcja, oczywiście w połączeniu z mizerną produkcją, jest przyczyną amerykańskiego bezrobocia. Bezrobocie natomiast jest poważnym zagrożeniem dla stabilności społeczeństwa amerykańskiego. Dla uspokojenia społeczeństwa rząd zapewnia bezrobotnym zapomogi, które utrzymują bezrobotnych w pasywnej bierności, ale również demoralizują i tworzą społeczeństwo roszczeniowe.

Ponieważ w Ameryce produkcja jest w postaci szczątkowej, bezrobocie jest duże, a zapomogi dla bezrobotnych są mizerne, aby zaspokoić roszczenia zubożałego społeczeństwa stosuje się tani import z Chin, finansowany ze sprzedaży amerykańskich obligacji pożyczkowych. Jak długo Chińczycy będą kupować amerykańskie obligacje pożyczkowe, tak długo ten chory system będzie funkcjonować. Niestety, inne kraje – takie jak Chiny, Rosja, Brazylia i Indie – widząc zbliżające się bankructwo Ameryki, próbują wyeliminować dolara z transakcji handlowych. Jakie inne możliwości ma Ameryka, aby utrzymać istniejący stan rzeczy? Jedną z możliwości jest zmuszenie krajów, które wyłamują się z istniejącego systemu, do utrzymania dolara jako waluty koniecznej w transakcjach handlowych i rezerwowej. Są przesłanki, że ostatnie wojny w Iraku czy w Libii były wywołane przez próbę wyłamania się dyktatorów panujących w tych krajach z paktu dolarowego. Niestety, okazało się, że wojna jest kosztowną, nieproduktywną inwestycją. Społeczeństwo powoli mądrzeje, mimo że to nie ich synowie giną, albo wracają po latach kalekami z krajów, których nie potrafią pokazać na mapie. Ponieważ wojsko jest najemne i do niego w większości garną się bezrobotni ochotnicy, rząd i prezydent mają nieskończenie większe pole manewru, wydając wojny „prewencyjne”.

Wiek XXI różni się od wieku XIX, kiedy to mała Anglia mogła kontrolować połowę świata. Dla tego, kto interesuje się polityką międzynarodową, już dzisiaj jest wiadome że „prewencyjne” wojny w Iraku i Afganistanie, pomimo olbrzymich kosztów, nie przyniosły spodziewanych rezultatów i z punktu widzenia ich celu są przegrane. Wojna z innymi krajami, szczególnie takimi jak Rosja czy Chiny, jest nie do pomyślenia. Natomiast tak zwana „wiosna arabska” spowodowała wzrost antyamerykańskiego mahometańskiego radykalizmu. Jest tylko kwestią czasu, jak ten ruch obali zaprzysiężonych wasali Ameryki w Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej, co spowoduje utratę kontroli nad dolarem, w którym ropa naftowa jest wyceniana.

Czy społeczeństwo amerykańskie i prezydent są gotowi do następnej wojny na Bliskim Wschodzie? Najbliższe miesiące nam pokażą.

W prasie amerykańskiej możemy przeczytać, że „już odbijamy się od dna”, gdyż liczba zakupów na karty kredytowe, jak i liczba pożyczek udzielanych przez banki wzrasta. To zjawisko wskazuje, że rząd amerykański nie próbuje zmienić systemu, ale go tylko klajstruje. Pożyczki same w sobie nie są problemem i istniały od stuleci. Problemem jest natomiast, jak się pożyczone pieniądze wydaje. Jeśli pieniądze wydaje się roztropnie, na produkcję, jest nadzieja, że produkcja będzie przynosiła dochód, konieczny do spłaty długów. Jeśli jednak pożyczone pieniądze wydaje się na konsumpcję, nie ma nadziei, aby pożyczka mogła zostać spłacona. Konsumpcja nie przynosi dochodu. Na tym polega tragiczna sytuacja Ameryki w dzisiejszym kryzysie ekonomicznym. Cokolwiek czytamy w prasie albo słyszymy w TV, że już jest lepiej w ekonomii, jest mydleniem oczu. Nie może być lepiej, dopóki kapitał nie będzie zainwestowany w wartości przynoszące dochód. Niestety, na to się nie zanosi, gdy kolejne rządy obydwu partii, jak i prezydenci, od wielu lat pracowali usilnie nad tym, aby zlikwidować takie wartości inwestycyjne poprzez przeniesienie ich do krajów o niższych kosztach produkcji i dużej puli ludzi technicznie wykształconych (inżynierów i naukowców). Celem tego procesu było zarówno podniesienie dochodów nomenklatury, jak i zapewnienie spokoju społecznego przez dostawę klasie kiedyś pracującej, taniej konsumpcji. A więc kto jest winny? Ano, wszyscy z nas, po trochu…

Czy ten artykuł tłumaczy wszystkie aspekty i błędy amerykańskiego kryzysu? Bynajmniej, jak w każdej skomplikowanej sytuacji jest on jedynie pobieżnym, aczkolwiek według mnie istotnym wytłumaczeniem, na czym ostatni kryzys polega i czym się różni od poprzednich. Używając przenośni, można powiedzieć, że obecnie zjadamy ziarno przeznaczone na zasiew.

JanCzek@AOL.com